Odkurzacz show

Szybka refleksja z szybkiego wypadu do Osaki. Wracając ze spotkania zaszłam do słynnego domu towarowego Yodobashi Umeda, elektronicznego królestwa, i pełnego luksusowych marek Grand Front (44 tys. mkw!!), który otwarto wiosną tego roku. Przy spadającym wciąż popycie w Japonii, po przeszło 20 latach stagnacji, tworzenie takiej zakupowej enklawy jest jak zaklinanie losu. W sklepach pustawo, większość ludzi traktuje dom handlowy jak pasaż spacerowy i jeśli coś kupują, to ciastka na osłodę. Japońskie firmy, po paru latach strat, starają się wyjść na prostą, ale idzie to opornie. Panasonic w Japonii nie chce już nawet produkować ani sprzedawać swoich słynnych telewizorów plazmowych. Najwyraźniej przerzuca się na odkurzacze licząc na słynących z zamiłowania do porządku Japończyków. Poszukiwanie nowych nisz na rynku, na którym WSZYSTKO JUŻ BYŁO to jednak frustrujące wyzwanie. Zwłaszcza, że Japończycy systematycznie biednieją i mało kogo stać już na większe przyjemności. Nawet na świątecznym bazarze, który powstał chyba na cześć Niemców, mających w budynku obok swój konsulat, chętnych do świętowania jakoś nie widać.

Advertisements

I did it! I did, I did! I taw a Mt. Maya!

Nieplanowane fotostory z kolejnej, mmm, nieplanowanej  wyprawy, a raczej wycieczki, gdzie tam, trekkingu, a niech tam – WSPINACZKI!! Miałam dziś wjechać 100-letnią kolejką na górę Maya, sąsiadującą z górą Rokko (tę, na którą ja codziennie z zakupami..), skąd piękne widoki miały się rozpościerać, a sama wycieczka też miała być piękna, bo kolejeczka miała sobie dostojnie sunąc, a ja wystrojona niedzielne w złotą kamizeleczkę i białe trampeczki miałam złote jesienne liście podziwiać z wysokości… No i bym pewnie i podziwiała, gdybym oczywiście wysiadła na tym przystanku co trzeba, albo chociaż dogadała się z kierowcą jak mam wrócić i gdzie wysiąść i gdzie iść, żeby kolejeczkę znaleźć. Kierowca ostatecznie kazał mi wysiąść na ostatniej stacji Japan Railway i coś tam machał rękami, że na górę tak tak, na górę, tak tak tak, i w ogóle że idź już sobie. No to poszłam na dworzec do działu, jak by nie było, informacji i się pytam jak tu na górę. Pani groźnie na mnie spojrzała, potem wymownie na zegarek, wyciąga mapę i mówi po japońsku, ale parę słów po angielsku też: tak tak, idzie na górę, 15 minut, przez tunel, potem most, potem lewo, potem prawo, potem prosto, tam wodosopady, piękne view. No to ja, ok, ale chciałam na górę, a ona no tak, to góra, góra. No dobra, to poszłam przez ten tunel, potem most, potem lewo, potem prawo, potem prosto. I był wodospad, jeden, drugi, trzeci, piękne fakt, ale z mapki którą Pani mi dała wynikało, że Mount Maya to to była, ale raczej podgórze niż góra. No to pytam jakiś ludzi, co z plecakami i w strojach, których pozazdrościliby im himalaiści, schodzili Z GÓRY, czy wiedzą, jak się można dostać na tę górę, bo tu ścieżki takie ładne, może na piechotę można? A oni się śmieją (Japończycy się śmieją, jak nie wiedzą, co powiedzieć), i że tak, tam góra jest, ale dojść to nie, późno, stromo, niebezpiecznie, długo, męcząco, nie nie nie. I że oni idą z takiej pół-góry, że tam są ładne ogrody gdzie zioła rosną, ale to trzeba rano a najlepiej autobusem z innej strony góry. No to ja dawaj moją mapkę, nie po to wstałam w niedzielę przed południem, żeby teraz tak łatwo się poddać. Na to podbiega do mnie jakiś Angol i mówi, że on na Mt Maya też chciał się dostać, ale że on tu BIEGAŁ i  jak WBIEGŁ trochę do góry, to ścieżki się rozdzielają co chwila i się zgubił, i że musiał wracać, ale potem się dowiedział, że to strasznie stromo i 5 godzin trzeba. I coś tam dalej ględzi, to ja, żeby się już od niego odczepić, biorę swoją mapkę i ruszam na górę…Hmm, spotkałam po drodze 10 osób, 9 szło W DÓŁ (Japończycy naród praktyczni, więc wjeżdżają na górę tą kolejką co ja nią miałam jechać i potem schodzą sobie miło w dół). Ta jedna jedyna co szła W GÓRĘ mówiła, że ona tak trzy dni chodzi, bo trenuje do jakiś górskich przełajów czy coś. No to ja też tym przełajem. Jedno muszę przyznać Angolowi, momentami nachylenie było takie, że w moich idealnie płaskich trampeczkach ciężko było się utrzymać, ale po 3 godzinach (nie pięciu, nie pięciu!) razem z Panią Przełajową dotarłyśmy na Mt Maya!! Już dawno nie byłam taka z siebie dumna, nawet jeśli to tylko 698,6 mnpm. A kolejeczką sobie i tak pojechałam, tylko że w dół:-D

ImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImage

Konyaku, Taiyaki, cmentarz i duch prawa

Tym razem podróż przez Kyoto mniej mnie ucieszyła, bo po drodze musiałam odhaczyć spotkanie w Osace, a na 17 – pędzić na kolejne. Swoją drogą w Kyoto nawet przesiadka na dworcu może być atrakcją samą w sobie. Podobno jest on “jednym z najwybitniejszych dzieł współczesnej architektury kolejowej na świecie” i wielu turystów z zapałem go fotografuje. Mi się skojarzył na pierwszy rzut oka (architektonicznie jedynie, bo zapachy na szczęście przyjemniejsze) z byłym dworcem w Katowicach, który też był ponoć “jednym z wybitnych przykładów modernizmu”, także wolałam dwie godzinki przerwy wykorzystać na kolejny wypad do Kiyomizudera. Tłumy były jeszcze większe niż ostatnio, ale okoliczny park daje fantastyczną możliwość wejścia w jedną z setek uliczek, gdzie albo są schowane mniejsze świątynie albo sklepy z pamiątkami czy knajpki. W ten sposób trafiłam na jakiś stary cmentarz, gdzie trzeba było wdrapać się na ogromną górę, więc w sumie nie dziwię się, że nie było tam żywej duszy. Ten wyglądał niesamowicie, bo po kilkunastu minutach wdrapywania się najpierw widać sterczące, wysokie, drewniane coś jak…narty. Na mniejszych grobach powtykane są mniejsze te “nartki”, na których wypisane są…no właśnie…modlitwy, życzenia?? Liczę na to, że znajdą się specjaliści Japoniści, którzy mi to wyjaśnią:)

Image

ImageImageImageImageImageImage

Jest jeszcze jedna frapująca rzecz dotycząca cmentarzy i terenów przy świątyniach. A konkretnie kamiennych figurek Jizō, który “pomimo oświecenia, podjął decyzję o pozostaniu na ziemi, dopóki nie wyzwoli wszystkich z cierpienia”. Japończycy go najwyraźniej ubóstwiają, bo figurek jest tak dużo, że trzeba uważać, żeby się o nie nie potknąć.  Być może to umiłowanie w stawianiu WSZĘDZIE tego pucułowatego i uśmiechniętego bożka czy świętego wynika z tego, że ma być  opiekunem wędrowców, których prowadzi przez świat realny i świat duchów. No to jak miałam i ja go nie polubić? Zastanawia mnie tylko po co opiekunowi wędrowców tyle…fartuszków??? Fartuszki, a czasem i śliniaczki pojawiają się zresztą i na innych kamiennych figurkach, co przy wszystkich tych słodkościach, a bywa że i piwie czy sake, które się przed nimi stawia w kapliczkach tworzy dość osobliwy…kuchenny klimat…

IMG_4244_blogIMG_4330_blogIMG_4334_blogIMG_4351_blogIMG_4335_blog

Pomijając dylematy fartuszkowe następnym razem spokoju nie będzie już pewnie nawet na cmentarzu, bo do Kyoto codziennie ściągają coraz większe tłumy spragnione widoków jesiennych liści.

Image

Faktycznie, widoki są niesamowite, chociaż tegoroczny rekord, jeśli chodzi o napływ turystów (o 30 proc. więcej niż przed rokiem!) Japonia zawdzięcza raczej rekordowo niskiemu kursowi Jena. Ten tydzień niestety bardziej stoi dla mnie pod hasłem ekonomii niż zwiedzania, więc wszystko tylko z tym mi się kojarzy. Mój umiarkowany entuzjazm co do japońskiego modelu gospodarki opadł mocno, jak dowiedziałam się, że Japończycy mają tydzień urlopu w roku, pracują często dodatkowo w soboty (podobnie jak dzieciaki chodzą do szkoły), a większość nie tylko nie ma słynnych kiedyś dożywotnych umów o pracę, ale w ogóle ŻADNYCH. Wiele umów, nie tylko o pracę, zawiera się zresztą na gębę, takie jak to się tutaj mówi: “spirit of law”. Nie wiem jak zareagowaliby na to nasi zagorzali przeciwnicy umów śmieciowych, ale nigdy bym na to nie wpadła, że ja pół życia nie pracuję nielegalnie, ale zgodnie ze SPIRIT OF LAW;) Tak mnie to zafrapowało, że o mało co zapomniałabym zrobić obowiązkowe zdjęcia kolacji.

ImageImage

Musiałam zgadywać, co to jest ta brunatno-pomarańczowa galaretka na drugim zdjęciu…Konyaku, to cudo, robi się z…kartofla. O ile dobrze zrozumiałam to suszy się go, ściera, miesza się z wodą, zagęszcza…popiołem (??) i gotuje. Jakoś to przełknęłam, pocieszało mnie, że to cudo sztuki kulinarnej jest podobno jakimś super skutecznym środkiem oczyszczająco odchudzającym. Jak dla mnie większość tradycyjnego japońskiego jedzenia jest wybitnie odchudzająca, bo nie sposób się tym porządnie najeść, a na pewno PRZEJEŚĆ.  Mam wrażenie, że nawet mój ulubiony (od ubiegłego tygodnia) deser – czyli matcha z lodami z zielonej herbaty – mógłby znaleźć swoje miejsce w poradnikach dietetycznych, bo po dwóch porcjach wciąż mam miejsce na kolejne:)

Image

Zresztą co tu gadać, japońskie jedzenie przede wszystkim “wygląda” i służy chyba głównie syceniu oczu. We wszystkich znajdujących się na każdym roku sklepach z lokalnymi specjałami (głównie słodyczami) większość obsługi zajmuje się starannym ich dekorowaniem i pakowaniem w wymyślne paczuszki. Stąd chyba to umiłowanie do galaretek i konsystencji plasteliny, bo jakże piękne kształty można z takiej masy wymodelować!

Image

Image

Image

A na koniec sentymentalnie – pierwsze jedzenie, które kupiłam w Kobe, nie wiedząc oczywiście co jem. Taiyaki, czyli słodkie (!) naleśnikowo-gofrowe rybki z nadzieniem z ziemniaka albo fasoli azuki. Pomyśleć, że na początku myślałam, że to mus jabłkowy i czekolada…

Image

Image

I dowód, czemu trudno się tu najeść. Niezbyt udana próba odpakowania kanapki onigiri. Żeby nie było, że tylko ja nie bardzo sobie z tym radzę. Na you tube filmowych instruktaży jest sporo, więc najwyraźniej nie jest to wcale prosta sprawa!

Zepsuty zamek i lody z pierogami

Cały tydzień pracowałam jak na Japończyków przystało, od rana do nocy i zasypiając w autobusie, więc myślałam że w weekend będę tylko odsypiała. Ale gdzie tam, w sobotę zaświeciło znowu piękne słońce, na dole 20 stopni (właśnie to jest trochę denerwujące, że u mnie tu na górze zimnica, a “na dole” jak tylko zaświeci słońce to upał!), więc wsiadłam w pociąg na zasadzie: jak następna stacja jest w spisie treści przewodnika to wysiadam. I tak wysiadłam w Himeji. W pierwszej chwili ucieszyłam się, bo w przewodniku napisali, że jest tam 400-letni zamek będący “najbardziej imponującym przykładem budowli obronnej w Japonii”. Niestety nie mógł mi zaimponować, bo – jak się okazało – jest w remoncie (podobno od pięciu lat, ale o tym przewodnik nie wspominał) i oprócz wielkiej brezentowej konstrukcji nie bardzo było co podziwiać. Na pociechę w pobliżu rozciąga się ogród Kokoen, a konkretnie dziewięć ogrodów, które powstały na miejscu dawnych pałaców samurajów. Jak dla mnie pałace byłyby bardziej interesujące, ale żeby nie marnować sobie dnia przeszłam się na spacer spotykając po drodze młodą parę i dziewczynki, którym przedłużyło się świętowanie Shichi-Go-San, czyli święta dzieci siedmio, pięcio i trzyletnich, które 15 listopada w paradnych kimonach odwiedzają świątynie, co ma przynieść im szczęście w przyszłości (wyjaśnienie tej skomplikowanej kwestii: http://piatysmak.com/shichi-go-san/).

ImageImageImage

Z nudów przeszłam się też po (a raczej w) murach obronnych, gdzie kiedyś znajdowały się m.in, komnaty rodzin szogunów i zsypy, z których obrońcy twierdzy zrzucali kamienie lub wylewali wrzątek na głowy najeźdźców.

IMG_4223 IMG_4224 IMG_4227

Nie dałam się namówić na zabawy typu rzucanie wachlarzami w cel albo malowanie ceramiki, więc wsiadłam w autobus, na którym wyświetlał się intrygujący kierunek “Mt Shosha”. Góra Shosha okazała się odkryciem dnia. Z ostatniego przystanku autobusu trzeba było wsiąść w kolejkę linową, którą w dosłownie parę minut można się dostać na szczyt góry, gdzie na wysokości 360 mnp., w lesie, znajduje się kompleks świątyni Engyoji. Prowadzi do niej coś na kształt naszej drogi krzyżowej. Założył ją ponad tysiąc lat temu święty, który miał otrzymać oświecenie od Boga Mądrości i Intelektu. Niektórych przyciąga jednak bardziej fakt, że kręcono tutaj “Ostatniego samuraja” z Tomem Cruisem. Ja też zachwycałabym się pewnie tymi planami dłużej, gdyby nie to, że pojawiłam się na miejscu pół godziny przed zjazdem ostatniej kolejki, więc zdążyłam tylko wzbudzić przerażenie jej obsługi, bo oczywiście nieco się na ten zjazd spóźniłam…

ImageImageImageImageImageImage

Dzisiaj postanowiłam już nigdzie dalej się nie ruszać. Zresztą nie było jak, bo całe miasto zablokowali maratończycy. Trzeba przyznać, że dopingu i strojów biegaczy – od samurajów przez yeti po chińskie (?) smoki – Warszawiacy mogliby im pozazdrościć.

IMG_4267 20131117_130124

Czekając aż będę mogła przejść chociaż przez ulicę przycupnęłam sobie w małej kafejce, czy też raczej herbaciarni, co było dobrą okazją, żeby podjąć kolejne ryzyko z cyklu “Japanese food”. To z pewnością zasługuje na osobnego posta, nie jednego zresztą, ale tym razem padło na na – cytuję z anglojęzycznego (ha! dlatego tu zaszłam..) menu – “matcha ice cream with rice…dumplings…”. No cóż, wszystko się zgadzało. Była mrożona matcha (zielona herbata w pudrze) z drobno zmielonym lodem, gałką lodów, oczywiście herbacianych i…tak…ryżowe…pierogi, a w zasadzie kulki. Potwornie gumowate, wcale nie słodkie, lody zresztą też nie bardzo, a całość..hmm…interesująca:) UPDATE: Życzliwa istota poinformowała mnie, że nie PIEROGI a MOCHI, i że ich przyrządzanie to życiowe ryzyko. Dowód filmowy pod zdjęciem.

Image

Maratończycy pogodę mieli super, cała reszta też, więc wszyscy zgromadzili się na bulwarze, gdzie odbywało się coś w rodzaju festynu. Oprócz występów na scenie z pluszakami wystawiali się też hodowcy krabów, psów, kapusty i porów…

Image

Image

Image

Image

Tak poza tym to bulwar jest bardzo przyjemny. Największą furorę robi wielka karuzela. Ale w tutejszej kulturze wszystko, co okrągłe, ma olbrzymie znaczenie. Co wywodzi się z hinduistycznej i buddyjskiej symboliki mandali, wszechświata. Z tego co się dowiedziałam w trakcie mojej pracy tutaj, to nawet w biznesie wykorzystuje się “kręgi” – do spotkań, gdzie każdy “w kółku” (i chyba w kółko też) musi swoje pomysły na ciągłe usprawnienia wygłaszać, wszystko trzeba zresztą nomen omen na okrągło usprawniać (kaizen!), firma musi robić recykling, bo każdy produkt musi zatoczyć  “kółko” od surowca do powtórnego surowca, a zespoły też tworzą “ringi” do wymyślania nowych pomysłów. Mi się “Ring” kojarzy raczej z najstraszniejszym horrorem, jaki w życiu widziałam, nakręconym zresztą przez japońskiego reżysera na podstawie japońskiej powieści…

ImageImage

Wracając do bulwaru, to niedaleko jest też most Most Akashi Kaikyō, czyli “wielki most nad cieśniną Akashi”, najdłuższy (4 km!) most wiszący na świecie. Do mostu (dosłownie) można wejść dzięki platformie, która znajduje się jakieś 150 metrów nad powierzchnią morza.

ImageImageImage

Idąc w drugą stronę można z kolei dojść do China Town. Z tego co zauważyłam, sądząc po tłumach w chińskim pasażu i kolejkach do knajp (tańszych niż japońskie oczywiście) czy sklepów z “chińszczyzną” (tańszą oczywiście), jest jedną z najbardziej obleganych miejscówek weekendowych tutejszych mieszkańców. Biorąc pod uwagę terytorialne i polityczne konflikty japońsko-chińskie ta fascynacja wydaje mi się osobliwa, ale to kolejna szkoła, jak Chińczycy budują swoje nadwyżki handlowe.

Image        chinatown

A propos fascynacji innymi nacjami to w Kobe jest też dzielnica zwana Kitano, inne tłumnie odwiedzane miejsce. Kiedyś mieszkali tu zagraniczni kupcy i dyplomaci, budujący w swoim, zachodnim stylu domy, które teraz podziwiają japońscy turyści. Co ciekawe, w “zachodnim” stylu jest też były chiński konsulat..

ImageImageImageImage20131110_135734

A na koniec gratka dla Harō Kiti 🙂

20131116_184016

Kyo kubek, Kokeshi, Isejingu i…zimność….

Nie wiem jak to się ma do zmian klimatycznych, ale do mnie zbliża się zima. I to jeszcze zanim przyszła jesień. Od tygodnia budzi mnie w nocy przeraźliwie silny i MROŹNY wiatr, który radośnie wciska się w szpary w przesuwanych oknach, które świetnie nadawałyby się do bungalowu na Hawajach, ale w Kobe w środku listopada nieco mniej. Tak więc zaczęłam doceniać gazowy grzejnik, który mam w łazience i spędzam w związku z tym najwięcej czasu właśnie tam. Ok, przyznaję – w sypialni mam klimatyzator, ale za czorta nie udało mi się uruchomić funkcji GRZANIA mimo wciskania po kolei WSZYSTKICH guzików. Jakieś pomysły…?

Image

Na razie ratuje mnie czerwony kocyk i herbata z imbirem w olbrzymim kubku, który zakupiłam w Kyoto razem z laleczką Kokeshi. Co ciekawe, jak kupowałam kubek i laleczkę nie miałam pojęcia, że zostaję nabywcą słynnej porcelany Kyo, której tradycja sięga V wieku. Dopiero kiedy w domu podliczałam ile wydałam pieniędzy, to zorientowałam się, że pomyliły mi się zera i zapłaciłam za niego krocie, wiec zaczęłam sprawdzać po opisie z pudełka co to za cudo:) W każdym razie na eBayu są i tak dwukrotnie droższe, więc poważnie zastanawiam się nad importem na większą skalę. Podobnie było z laleczką, która miała służyć za przyciskacz do papieru do czasu, gdy wyszła na jaw jej historia z ostatniej części ery Edo (1603-1867). Kokeshi to małe rękodzieła rzemieślników Kijiya w górzystym regionie Tohoku na północy Japonii, którzy produkowali zwykle drewniane przedmioty domowego użytku. Pod koniec XIX wieku turyści zaczęli odwiedzać tamtejsze gorące źródła i kupowali laleczki na pamiątkę. Kokeshi służyły też m.in. do wzajemnego poklepywania się po ramieniu podczas kąpieli, by wyrazić zadowolenie z ciepła bijącego ze źródeł…

ImageImage

Z gorących źródeł to w tej zimnicy akurat chętnie bym teraz skorzystała. Pomyśleć, że jeszcze tydzień temu chodziłam w krótkim rękawku…Co ciekawe, w Kobe liście dopiero zaczynają przybierać jesienne barwy, a w parku przy uczelni natknęłam się dziś na…palmę. A pod nią oszronione liście i owoce miłorzębu japońskiego. Tak właśnie wygląda kraj sprzeczności.

20131113_110227_Richtone(HDR) 20131113_110603

Image

Muszę się jednak przyznać do jeszcze jednej ignorancji w kwestiach japońskiego dziedzictwa kulturowego. Zaraz po moim przyjeździe znajoma Japonka zabrała mnie na wycieczkę za miasto do, jak sama powiedziała, bardzo ważnego dla Japończyków miejsca. Oczywiście nazwa była dla mnie nie do zapamiętania. Jedyne co zapamiętałam, to że jest tam podobno jakieś lustro, za ogromnym płotem,  przez który nie można było przejść i był absolutny zakaz robienia zdjęć już w jego pobliżu… A poza tym ot, przyjemne miasteczko, ładny chram w miłym lesie, tylko tłum potworny. A tu dzisiaj w pracy, czytając obowiązkowe lektury o shintoistycznych źródłach japońskiej kultury zarządzania, znajduję informacje o Isejingu. Kompleksie świątyń i narodowym skarbie Japonii.  Jak się okazuje, jest to najważniejsze ze świętych miejsc shinto ze względu na ośmioboczne zwierciadło (właśnie!), jeden z trzech świętych przedmiotów ofiarowanych pierwszemu cesarzowi przez bogów. Zgodnie z tradycją, chramy są rozbierane i odtwarzane poprzez użycie nowych materiałów (drewna) co 20 lat (właśnie tak mi się wydawało, że jak na zabytek to bardzo nowe były). Obecne budynki zostały wzniesione w 1993 r. co było ich 61. odtworzeniem. Kolejne, jak doczytałam, planowane jest na 2013 rok. Miałam więc sporo szczęścia, że zdążyłam je zobaczyć przed kolejną rozbiórką. I że mimo wszystko udało mi się zrobić kilka zdjęć. Więcej o tym, niezwykłym jednak, miejscu można znaleźć tutaj: http://www.isejingu.or.jp/english/isemairi/isemairi.htm

wycieczka wycieczka_3 wycieczka_5 (2) wycieczka_6

A propos świątyń i świętowania to przeczytałam na Pudelku, że nasze szafiarki podobno haniebnie na swoich blogach nie wspomniały 11 listopada o Święcie Niepodległości. Ja 11 listopada przegapiłam z kolei ważne dla Japończyków (bez cienia ironii) święto Pocky. Są to pochodzące z Japonii chrupiące patyczki w polewie o różnych smakach, na przykład herbacianym. Pocky podbiły już podobno cały świat, a w Japonii są tak uwielbiane, że dorobiły się już swojego hucznie obchodzonego Pocky Day, właśnie 11 listopada. Podobno każda okazja do świętowania jest dobra, ja do chrupania Pocky się nie przekonałam, ale podobno to kwestia czasu. Albo liczby reklam, które jeszcze zobaczę:) Są boskie!

20131113_131423

A na koniec śpieszę donieść tym, którzy wysyłają mi linki o trzęsieniu ziemi w Tokio, że tutaj nic nie było czuć i na razie chroni mnie ten Maneki-neko z papier-mâché:)

IMG_4209

In love with Kyoto

Zabujałam się w Kyoto. To miasto, po Angkor Wat, to najjaśniejszy sightseeing point w całej mojej podróżniczej “karierze”. Kiedy byłam tu pierwszy raz, jak po ogień, nie doceniłam jego siły przyciągania. Ale nie widziałam wtedy jeszcze Kiyomizu. Świątyń w tej byłej stolicy jest wiele, ale ta -wyjątkowa. Nie przeszkadzają mi nawet tłumy, których na ogół unikam i wolę mniej spektakularne, ale nie tak oblegane zabytki. Tutaj “tłum” oznacza tysiące tradycyjnie ubranych młodych Japończyków, głównie par. Bo w pomalowanej na czerwono świątyni sinto w kompleksie Kiyomizudera czci się boga miłości i swatów. W tłumie są też uczniowie, gejsze, rykszarze, zbieracze liści, handlarze ceramiką, piekący ryżowe ciastka, sprzedawcy lodów herbacianych i…psy. Tak, to pierwsze miejsce, gdzie spotkałam psy, i to nie tylko wyleniałe pudle, ale i Shiba Inu:) Do Kiyomizu na pewno wrócę. A tak na marginesie – w języku japońskim idiom “skoczyć z werandy Kiyomizudera” oznacza: “powziąć ważną, ale i ryzykowną decyzję życiową”..

IMG_4127 (2) IMG_4131 (2) IMG_4133 (2) IMG_4143 (2) IMG_4149 (2) IMG_4151 (2) IMG_4152 (2) IMG_4154 (2) IMG_4159 (2) IMG_4169 (2) IMG_4104 (2)IMG_4114 (2) IMG_4120 (2) 20131108_164100 20131108_171903IMG_4137 (2) IMG_4147 (2) IMG_4171 (3)

Po 12 (!) godzinach szwędania się po Kyoto miałam dzisiaj przejść się na “mały spacer” w góry. Jak zwykle moje zdolności oceniania odległości i czasoprzestrzeni okazały się marne i wróciłam do domu po godzinach siedmiu. Wprawdzie trekking po Rokko niespecjalnie mi się udał, bo oznakowanie szlaków nie do końca było jasne..ale dla tych widoków warto było się znów zgubić.

20131109_10535020131109_115434IMG_4187

IMG_4179 IMG_4180 IMG_4182 IMG_4190 IMG_4198

Kolejką linową dotarłam na koniec do Arima Onsen, czyli resortu z gorącymi źródłami. Podobno to najstarszy ośrodek SPA w Japonii. Faktycznie, ośrodki “wczasowe” budowane były chyba w latach 70. i czasy świetności mają już za sobą. Co do właściwości źródlanej wody to nie miałam okazji się przekonać, bo nie przepadam za zbiorowym taplaniem się w wodzie jakiejkolwiek, ale sama miejscowość Arima to całkiem przyjemnie miejsce na weekendowy wypad. Kulinarną specjalnością regionu są (jak sobie potem poczytałam) pikle, krakersy sodowe, woda mineralna z kega i marynowane w sosie sojowym Matsutake Konbu, czyli takie oto…grzybki..? A w barze (jak mocno zbliżenie zrobić tego pana w szarej koszulce to widać dowód!) do piwa (i tej mineralki) jako zagrychę podają…jajeczka na półtwardo. Smacznego!

butelki wachlarz20131109_140104

Nie dla psa…marchewka

Od niedawna mam fioła na punkcie japońskich psów Shiba inu. piesW zasadzie nazwa tej rasy to “psi pies”, bo inu znaczy właśnie pies, ale mniejsza o to. Cieszyłam się, że tutaj będzie ich mnóstwo, więc na pewno z jakimś się zaprzyjaźnię. Co za rozczarowanie! oprócz paru cherlawych mini pudelków nie spotkałam jeszcze ŻADNEGO PSA. Przestałam się jednak dziwić, dlaczego Japończycy ich nie miewają. Co parę metrów czekają na nich ostrzeżenia i zakazy, czego to i gdzie pies robić nie może pod groźbą strasznych kar. Nie można go nawet przewozić windą w bloku, więc jak ktoś mieszka, jak ja, na dziesiątym piętrze, na psa raczej nigdy by się tutaj nie zdecydował.

20131027_100222 20131101_095814 20131106_103009 20131106_103027 20131107_115526

Dzisiaj obok domu natknęłam się na kolejny zakaz, nakaz, czy tam inne ostrzeżenie. Na początku nie przyglądałam się, piesek czy kotek czy co to tam za zwierz narysowany:

20131107_114430

No i jakież było moje zdziwienie, jak wieczorem wracałam ze sklepu i…po ciemku…w świetle…latarni…widzę…DZICZKI!!! Tak się przejęłam, że zapomniałam zrobić zdjęcie, wybaczcie. Ale ze znaku, który już rozumiem, mniemam że pojawiają się tu częściej…Tak czy inaczej spotkań nieoczekiwanych było dziś więcej. Jakimś zrządzeniem losu przed moim blokiem ulokował się przenośny warzywniak. Zdążyłam sprawdzić, że te pomarańczowe owoce nazywają się kaki. Smakują całkiem całkiem.

20131107_101139 20131107_101201 20131107_101211 Tak się składa, że kupiłam też marchewkę, a jak wracałam z zakupami natknęłam się na kolejny znak!

20131107_114451

No i proszę, taka sytuacja!

20131107_114125

Także teraz czuję się jak w domu:) A propos, jak to jest mieć dom w Japonii i w Polsce opowiadał dziś Marcin Bruczkowski w Jedynce, autor m.in. Bezsenności w Tokio, której nie zdążyłam przeczytać przed wyjazdem, ale to chyba i dobrze, bo jeszcze zmieniłabym zdanie:)

http://www.polskieradio.pl/7/173/Artykul/972906,Autor-Bezsennosci-w-Tokio-i-powroty-niedoskonale-Humor-wylewa-sie-ze-mnie-bez-zamiaru