Konyaku, Taiyaki, cmentarz i duch prawa

Tym razem podróż przez Kyoto mniej mnie ucieszyła, bo po drodze musiałam odhaczyć spotkanie w Osace, a na 17 – pędzić na kolejne. Swoją drogą w Kyoto nawet przesiadka na dworcu może być atrakcją samą w sobie. Podobno jest on “jednym z najwybitniejszych dzieł współczesnej architektury kolejowej na świecie” i wielu turystów z zapałem go fotografuje. Mi się skojarzył na pierwszy rzut oka (architektonicznie jedynie, bo zapachy na szczęście przyjemniejsze) z byłym dworcem w Katowicach, który też był ponoć “jednym z wybitnych przykładów modernizmu”, także wolałam dwie godzinki przerwy wykorzystać na kolejny wypad do Kiyomizudera. Tłumy były jeszcze większe niż ostatnio, ale okoliczny park daje fantastyczną możliwość wejścia w jedną z setek uliczek, gdzie albo są schowane mniejsze świątynie albo sklepy z pamiątkami czy knajpki. W ten sposób trafiłam na jakiś stary cmentarz, gdzie trzeba było wdrapać się na ogromną górę, więc w sumie nie dziwię się, że nie było tam żywej duszy. Ten wyglądał niesamowicie, bo po kilkunastu minutach wdrapywania się najpierw widać sterczące, wysokie, drewniane coś jak…narty. Na mniejszych grobach powtykane są mniejsze te “nartki”, na których wypisane są…no właśnie…modlitwy, życzenia?? Liczę na to, że znajdą się specjaliści Japoniści, którzy mi to wyjaśnią:)

Image

ImageImageImageImageImageImage

Jest jeszcze jedna frapująca rzecz dotycząca cmentarzy i terenów przy świątyniach. A konkretnie kamiennych figurek Jizō, który “pomimo oświecenia, podjął decyzję o pozostaniu na ziemi, dopóki nie wyzwoli wszystkich z cierpienia”. Japończycy go najwyraźniej ubóstwiają, bo figurek jest tak dużo, że trzeba uważać, żeby się o nie nie potknąć.  Być może to umiłowanie w stawianiu WSZĘDZIE tego pucułowatego i uśmiechniętego bożka czy świętego wynika z tego, że ma być  opiekunem wędrowców, których prowadzi przez świat realny i świat duchów. No to jak miałam i ja go nie polubić? Zastanawia mnie tylko po co opiekunowi wędrowców tyle…fartuszków??? Fartuszki, a czasem i śliniaczki pojawiają się zresztą i na innych kamiennych figurkach, co przy wszystkich tych słodkościach, a bywa że i piwie czy sake, które się przed nimi stawia w kapliczkach tworzy dość osobliwy…kuchenny klimat…

IMG_4244_blogIMG_4330_blogIMG_4334_blogIMG_4351_blogIMG_4335_blog

Pomijając dylematy fartuszkowe następnym razem spokoju nie będzie już pewnie nawet na cmentarzu, bo do Kyoto codziennie ściągają coraz większe tłumy spragnione widoków jesiennych liści.

Image

Faktycznie, widoki są niesamowite, chociaż tegoroczny rekord, jeśli chodzi o napływ turystów (o 30 proc. więcej niż przed rokiem!) Japonia zawdzięcza raczej rekordowo niskiemu kursowi Jena. Ten tydzień niestety bardziej stoi dla mnie pod hasłem ekonomii niż zwiedzania, więc wszystko tylko z tym mi się kojarzy. Mój umiarkowany entuzjazm co do japońskiego modelu gospodarki opadł mocno, jak dowiedziałam się, że Japończycy mają tydzień urlopu w roku, pracują często dodatkowo w soboty (podobnie jak dzieciaki chodzą do szkoły), a większość nie tylko nie ma słynnych kiedyś dożywotnych umów o pracę, ale w ogóle ŻADNYCH. Wiele umów, nie tylko o pracę, zawiera się zresztą na gębę, takie jak to się tutaj mówi: “spirit of law”. Nie wiem jak zareagowaliby na to nasi zagorzali przeciwnicy umów śmieciowych, ale nigdy bym na to nie wpadła, że ja pół życia nie pracuję nielegalnie, ale zgodnie ze SPIRIT OF LAW;) Tak mnie to zafrapowało, że o mało co zapomniałabym zrobić obowiązkowe zdjęcia kolacji.

ImageImage

Musiałam zgadywać, co to jest ta brunatno-pomarańczowa galaretka na drugim zdjęciu…Konyaku, to cudo, robi się z…kartofla. O ile dobrze zrozumiałam to suszy się go, ściera, miesza się z wodą, zagęszcza…popiołem (??) i gotuje. Jakoś to przełknęłam, pocieszało mnie, że to cudo sztuki kulinarnej jest podobno jakimś super skutecznym środkiem oczyszczająco odchudzającym. Jak dla mnie większość tradycyjnego japońskiego jedzenia jest wybitnie odchudzająca, bo nie sposób się tym porządnie najeść, a na pewno PRZEJEŚĆ.  Mam wrażenie, że nawet mój ulubiony (od ubiegłego tygodnia) deser – czyli matcha z lodami z zielonej herbaty – mógłby znaleźć swoje miejsce w poradnikach dietetycznych, bo po dwóch porcjach wciąż mam miejsce na kolejne:)

Image

Zresztą co tu gadać, japońskie jedzenie przede wszystkim “wygląda” i służy chyba głównie syceniu oczu. We wszystkich znajdujących się na każdym roku sklepach z lokalnymi specjałami (głównie słodyczami) większość obsługi zajmuje się starannym ich dekorowaniem i pakowaniem w wymyślne paczuszki. Stąd chyba to umiłowanie do galaretek i konsystencji plasteliny, bo jakże piękne kształty można z takiej masy wymodelować!

Image

Image

Image

A na koniec sentymentalnie – pierwsze jedzenie, które kupiłam w Kobe, nie wiedząc oczywiście co jem. Taiyaki, czyli słodkie (!) naleśnikowo-gofrowe rybki z nadzieniem z ziemniaka albo fasoli azuki. Pomyśleć, że na początku myślałam, że to mus jabłkowy i czekolada…

Image

Image

I dowód, czemu trudno się tu najeść. Niezbyt udana próba odpakowania kanapki onigiri. Żeby nie było, że tylko ja nie bardzo sobie z tym radzę. Na you tube filmowych instruktaży jest sporo, więc najwyraźniej nie jest to wcale prosta sprawa!

Advertisements

8 thoughts on “Konyaku, Taiyaki, cmentarz i duch prawa

  1. te “narty” przy grobie nazywaja sie “sotoba” i na nich zapisane jest posmiertne imie zmarlego. Do zapisu uzywa sie kanji, ale odczytuje sie je w sanskrycie, tak wiec ja nie jestem w stanie poprawnie przeczytac posmiertnego imienia mojego tescia. Poniewaz groby tu zazwyczaj sa dla calej rodziny, tych “nart” moze byc przy grobie kilka. O ile sie orientuje, to jest to buddyjski zwyczaj (stad ten sanskryt), ale w obrzadkach shinto rowniez funkcjonuje. Ten cmentarz, gdzie bylas to cmentarz buddyjski 😉

    PS. U nas sa taiyaki z nadzieniem jablkowym! I z czekolada tez 🙂

  2. “Do zapisu uzywa sie kanji, ale odczytuje sie je w sanskrycie”…cudownie, i jak tu sie nauczyc porozumiewac w tym kraju??;-)) Tak czy inaczej i tak rozjasnilo mi to sprawe, dzieki!! A fartuszki, o co chodzi z tymi FARTUSZKAMI?? A gdzie to daja taiyaki z jablkami i czekolada? Chociaz po tym, jak nauczylam sie jesl musli z fasola, ciastka z azuki i soja, chrupki z wodorotow i lody z herbaty to czekolada i mus jablkowy by mi sie moze jakies dziwne w smaku teraz wydawaly;-)

  3. “Some temples, without doubt, take advantage of this folklore. They tell the traumatized parents ‘Your lost child will continue to suffer. Your lost child will never be saved unless you take action to soothe their troubled souls. You must buy statuettes and offer religious services to alleviate their suffering.‘ In Japan, the Buddhist tendency toward mercy and prolonged mourning means that many grieving parents buy expensive statuettes and pay exorbitant fees for memorial services — the temples thus prosper from such patronage.“

    • Tyle tylko, ze to nie do konca prawda. Ludzie to robia, bo “przeciez tak wypada”, bo “co by inni powiedzieli” i “tak nam dyktuje tradycja”, a ta jak wiadomo, to tutaj rzecz swieta. Wiara nie ma z tym nic wspolnego.

  4. Pingback: Zatruta tempura i niespodziewany przypływ | Lost in translation

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s