Szalony komputer

Harō Kiti zdecydowanie jest blondynką. Najpierw wsiadła dziś w zły autobus (co akurat można jej wybaczyć, bo numer wprawdzie jest po ludzku napisany, ale nie mogła zrozumieć przecież, że zjeżdża akurat do zajezdni) i przejechała pół miasta na samiutki dół pochłonięta pałaszowaniem sushi z superaka, a potem szła dwie godziny z powrotem na górę do domu (Rokko Mountain 931,6 mnpm, zajezdnia jest u podnóża). No, ale jak już dotarła i zabrała się do pracy (fakt, było już późno) kolejne dwie godziny zajęło jej dojście do tego, dlaczego każde nowe okno tekstowe UPORCZYWIE ustawia się W PIONIE…A potem jeszcze ten komunikat na  tvnplayer.pl: “Przepraszamy, ze względu na ograniczenia licencyjne nie możemy wyświetlić tego wideo w Twoim kraju. Obecnie ten film jest dostępny tylko na terenie Polski.” Aj, nie lubię! 😦

Image

Advertisements

Techno fantasy

To, co zrobiło na mnie od pierwszego wejrzenia absolutnie największe wrażenie to wszechogarniająca elektronika. I nie chodzi wbrew pozorom o jej nowoczesność (akurat niektóre rozwiązania są raczej oldschoolowe, np. uczelniany internet na kabel zamiast wi-fi, czy automaty na guziczki), ale właśnie WSZECHOBECNOŚĆ i to tam, gdzie niekoniecznie byśmy się jej spodziewali. Oczywiście wszystkie instrukcje radzenia sobie z tymi ustrojstwami są po japońsku, więc pozostaje wciskanie wszystkich guziczków po kolei. W przypadku słynnych toalet TOTO, które m.in. podgrzewają deskę klozetową, robią prysznic “od dołu” i automatycznie otwierają się i zamykają bywa to ryzykowne…

20131027_07243120131027_072528

Noodle w Kyoto

Po trzech szalonych dniach podróży z Tokyo do Kobe, załatwiania mieszkania, odbioru biura, spotkań na uczelni itd. na wtorek miałam wyznaczoną wizytę u swojego zleceniodawcy w Kyoto. Byłam tak potwornie zestresowana tym, że muszę znowu szukać dworca, połączenia (z Kobe do Kyoto to jakaś godzina drogi Jetsonowym pociągiem), drogi z Kyoto do biura itd., że ani mi w głowie było zwiedzanie, ale zdążyłam wdepnąć do parku ze świątyniami Nanzenji i Heiankingu Shrine.

Image

Obiecałam sobie, że jak skończę spotkanie pozwiedzam sobie więcej, ale mój nos wyczuł, że mijam absolutnie kultową knajpę z japońskimi nudlami, a że zaczęło właśnie padać to głód zwyciężył. I w ten sposób odważyłam się pierwszy raz zamówić samodzielnie jedzenie. W knajpie oczywiście sami lokalsi, więc byłam zdecydowanie atrakcją dnia. Okazało się, że wybieranie z menu palcem na chybił trafił może być całkiem ekscytujące, zwłaszcza że i tak nie idzie rozpoznać, co się potem je, no i rachunek w hiraganie, i to wyjmowanie z portfela kolejnych banknotów w oczekiwaniu na skinięcie głowy ze “dość”.. Na szczęście zatrzymało się na ok.30 zł;)

2013-10-29 20.33.052013-10-29 20.33.482013-10-29 20.34.182013-10-29 20.35.54

Tak naprawdę niektórzy właściciele japońskich restauracji mają pewne sposoby, żeby zaznajomić klienta (nawet gaijina) ze swoim menu. Wystawiając na przykład plastikowe atrapy  dań w ladzie na zewnątrz..Mnie plastikowe sushi, jajeczko czy makaron jeszcze nie przekonały, aczkolwiek czasami faktycznie do złudzenia przypominają prawdziwe.

20131027_13371920131027_155848

分かりません !

No cóż, z tym trzeba się zmierzyć. W Japonii WSZYSTKO jest po JAPOŃSKU. Dla cudzoziemca, który: chce kupić bilet, znaleźć drogę, zamówić jedzenie w knajpie, nie mówiąc o poważniejszych tematach typu wynajęcie mieszkania, jest to kamienny falochron. Mój dwutygodniowy kurs japońskiego na niewiele się zdał. Trzy alfabety (kanji, hiragana i katakana), z których ten pierwszy, najpopularniejszy, liczy sobie 60 tysięcy znaków to pewne wyzwanie. Podobno używa się niecałych 2 tysięcy. Dzięki empirycznemu studiowaniu instrukcji do montowania internetu, rachunku za prąd czy paneli do toalet nauczyłam się już co najmniej kilkunastu…Kto zgadnie z czym ten kartonik?:-D

20131028_115432

Co ja robię tuuu

Image

Misio obok hotelu witał mnie radośnie, ale pierwszego dnia do śmiechu to mi akurat nie było. Po początkowej euforii, że: przeżyłam lądowanie w tajfunie, rozszyfrowałam tablice z rozkładem jazdy pociągów (na chwilę pojawiają się angielskie nazwy miast, więc trzeba tak minutę wpatrywać się, żeby tę cenną chwilę uchwycić),  kosmiczny pociąg jak z Jetsonów (też chyba leciał w powietrzu, przynajmniej tak mi się zdawało) dowiózł mnie na miejsce, a taksówkarz zrozumiał o jaki hotel mi chodzi, po rozpaczliwym i absolutnie bezskutecznym poszukiwaniu restauracji z angielskim menu i rozumiejącym choć jedno słowo obsługą dość szybko przekonałam się, że łatwo jednak nie będzie…

Między słowami

Ten film przed laty zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Dziś raczej bliżej mi do roli Billa Murraya, ale z pewnością “Lost in translation” nabrał nowego znaczenia:)