Prawie pielgrzymka i roztrzęsiona noc

Jak to mawiał poczciwy Hitchcock, film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć, ale w tym wypadku było akurat odwrotnie. Zaczęło się bardzo spokojnie. Ponieważ mój projekt i pobyt w Japonii (aktualny, aktualny) dobiegał końca, więc postanowiłam wybrać się w filozoficzną podróż tam, gdzie, cytując Michiko: “nikt normalny się nie wybiera, a już na pewno nie zimą”. TAM, gdzie nikt się nie wybiera to Kumano Kodo. Nie chodzi w zasadzie o żadne konkretne miejsce, ale o sieć szlaków liczącą w sumie ponad 70 kilometrów, którymi pielgrzymi poruszali się już przeszło tysiąc lat temu przez góry Półwyspu Kii na Honsiu. Przez setki lat górskie ścieżki udało im się wydeptać bardzo dokładnie, więc pomijając różnice wysokości, trasy nie są w ogóle trudne do pokonania, ale niestety znajdują się w obszarze dość paskudnego klimatu, co oznacza na ogół ciągły deszcz, śnieg albo chociaż mżawkę. Od końca listopada do początku wiosny standardowa komunikacja autobusowa, (z Koyasan, gdzie najłatwiej się dostać), nie funkcjonuje, bo najwyraźniej zakłada się, że nikt nie będzie miał zamiaru brnąć tam w błocie. No, ale ponieważ szansa na filozoficzny trekking mogła się już nigdy nie powtórzyć, więc przeszło dwa tygodnie śledziłam prognozy pogody i jak pokazał się JEDEN dzień z prawdopodobieństwem opadów JEDYNIE 40% postanowiłam zaryzykować. I znaleźć jakimś cudem ten transport…No cóż, pomijając szczegóły, udało się dostać do jednej z miejscowości na szlaku po: 6 godzinach, trzech przesiadkach pociągowych i trzech przesiadkach autobusowych i jednej podróży taksówką….Dodam tylko, że tego samego dnia musiałam wracać do Kobe, więc na pielgrzymkę zostały mi jakieś dwie godziny, które starczyły na ledwie parę kilometrów lasem do drewnianego chramu Kumano Hongu Taisha. Po drodze nie spotkałam żadnego pielgrzyma, za to w miejscowym mini muzeum doczytałam, że pielgrzymki całą trasą lubili sobie urządzać również cesarze, traktując je jako pretekst (to już było tak między słowami) do imprez. Jeśli o to chodzi, to mam wrażenie, że u nas do dziś jest tak samo. Po pielgrzymkowym spacerku kolejne 6 godzin spędziłam w podróży powrotnej, ale muszę przyznać: BYŁO WARTO i Kumano Kodo zdecydowanie zasługuje na swoje miejsce na liście top tras trekkingowych na świecie. No i prognoza się sprawdziła. 60% szans na BRAK opadów przeważyło na moją korzyść.

ImageImageImageImage

Dzień później musiałam już jechać do Tokio, ale ponieważ miałam jeszcze jeden wolny dzień, więc w tej trekkingowej euforii wyruszyłam do Kamakury. Do tej byłej stolicy szogunatu ściągają turyści chcący przede wszystkim zobaczyć (albo i wejść do środka) gigantyczny posąg Buddy, albo windsurferzy, których ściągają z kolei tutejsze gigantyczne morskie fale. Nawiasem mówiąc te fale, w postaci tsunami, zmiotły kiedyś z powierzchni ziemi świątynię, w której stał Budda.

ImageImage

Ale, że sam posąg waży prawie sto ton, więc ostał się i stoi sobie teraz samiutki na wolnym powietrzu. Buddę sobie obejrzałam, ale najważniejsze, że odkryłam w Kamakurze kolejną fantastyczną trasę trekkingową. Wiodącą przez zalesione wzgórza i, a jakże, świątynie i chramy. Jeden z nich (Ugafuku) znajduje się w jaskini ze źródłem, w którym, jak głosi legenda, umycie pieniędzy gwarantuje ich zwielokrotnienie w przyszłości. Uśmiałam się patrząc jak ludzie wkładają monety do specjalnie w tym celu przeznaczonych koszyczków i płuczą je i płuczą i płuczą…. I tak się śmiałam…dopóki nie poszłam do automatu z napojami, wrzuciłam setkę jenów i…dostałam z powrotem czterysta reszty! I jak tu nie wierzyć w legendy?! l tak by się filozoficzno-trekkingowo ten dzień PRAWIE ułożył. Gdyby nie to, że w nocy, jak tylko zasnęłam obudziło mnie, tak…leciutkie, ale bardzo dokładnie wyczuwalne na 13 piętrze hotelu…bez żadnego wątpienia, kilkunastosekundowe…trzęsienie…ziemi! To się jednak nazywa mocne zakończenie…

Advertisements

Pociąg (ające) podróże

W zasadzie nie ma dnia, żebym nie podróżowała gdzieś pociągiem. Choć radosne ćwierkanie NON STOP obsługi kolejowej plus ćwierkanie sztucznych ptaszków z głośników (które ma zmniejszać stres i powstrzymywać samobójców przed rzucaniem się na tory) zaczyna mi już powoli działać na nerwy, to na japońskie koleje złego słowa nie mogę powiedzieć. Oprócz tego, że są na ogół perfekcyjnie punktualne, to można nimi dojechać w miejsca, gdzie wydawałoby się że nie dotarłby żaden środek lokomocji z osłem jucznym na czele. Dzisiaj udało się nam dotrzeć, i to tylko z trzema przesiadkami, do Koyasan, która leży jakieś 200 km pod Osaką. I 900 metrów npm, więc ostatni etap pokonuje się koleją linową, która wspina się pod kątem chyba z 70 stopni, co niektórym sprawia olbrzymią frajdę, innych wpędza w popłoch. Na górze ponad tysiąc lat temu pewien mnich (Kobo Daishi) założył klasztor szerząc własny odłam buddyzmu. Zdaje się buddyzmu EZOTERYCZNEGO, do którego przekonał się w Chinach, skąd wyrzucone przez niego w powietrze nasionko sosny wyrosło właśnie na górze Koya (swoją drogą ciekawe, jak wpadł na to, że to TA sosna, bo rośnie ich tam sporo). Dziś jego uczniowie wciąż medytują na miejscu czekając aż mistrz się obudzi, bo podobno Kobo Daishi nie umarł nigdy tylko wciąż medytuje. Ta historia plus pięknie utrzymane świątynie dość skutecznie przyciągają latem tłumy turystów i pielgrzymów, ale o tej porze roku jest tu pusto, mokro i zimno. Warto się jednak tutaj wybrać zimą już choćby dla samej wysokogórskiej podróży starą koleją, widoków Jizo w zaśnieżonych czapkach i szalikach i ostrzeżeń na słupach, że w okolicy grasują niedźwiedzie, których jest “so many”.

Image

Image

Image

Image

ImageImage

Image

Podróże japońskimi pociągami sprawiają wiele frajdy bez względu nawet na cel podróży. Moim ulubionym zajęciem, zwłaszcza kiedy nie mam miejsca siedzącego (a to zdarza się często, bo tłok tu bywa niemiłosierny) jest studiowanie plakatów edukacyjnych, które mają uczyć Japończyków uprzejmości wobec innych pasażerów. Moim faworytem jest komiks w odcinkach (żałuję, że nie wiem o co w nim chodzi, ale wygląda jak sequel supermeno-batmana) i plakat z zakazem m.in. spożywania wszelkiego, co przypomina udziec jagnięcy.

ImageImageImageImageImage

Nie ma też nic przyjemniejszego niż rozsiąść się w pociągu (najlepiej w shinkansenie) na fotelu z wysuwanym stoliczkiem ze swoim zestawem lunchowym bento i w co tam się człowiek jeszcze zaopatrzył przed odjazdem:

ImageImage

Ja w tę ostatnią zieloną buteleczkę (niefiltrowaną sake) i suszoną wołowinę zaopatrzyłam się w drodze powrotnej z Takayama do Kobe. Sama Takayama, położona w północnych Alpach Japońskich, (oprócz tego, że jest tam cudowna knajpa Kyoya) nie powaliła mnie na kolana, ale już pobliska wioska Shirakawago jest warta odwiedzenia, chociaż to akurat jedno z nielicznych miejsc, gdzie nie da się dojechać pociągiem i trzeba dotrzeć tam z Takayamy autobusem. Shirakawago ze swoimi krytymi strzechą 200-300- letnimi domami wygląda jak wioska Smerfów, zwłaszcza, że gdy spadnie śnieg zamieniają się w iglo. Trafiłam tam jeszcze parę dni przed pierwszymi opadami, więc zdążyłam zobaczyć domki w całości na tle ośnieżonych trzytysięczników. Gdyby nie pola ryżowe i pomarańczowe kaki, które jeszcze ostały się na drzewach, można by się poczuć zupełnie jak w Austrii.

ImageImageImageImage

Wracając natomiast do podróży pociągiem i tego, co można spotkać i zobaczyć w takowych tudzież na kolejowych stacjach to jest jeszcze jedno miejsce, które chyba z zawodowego zboczenia uwielbiam, czyli kioski i księgarnie, które można znaleźć chyba na każdym większym dworcu. Wbrew temu, co się sądzi o Japończykach, że uzależnieni od elektroniki wpatrzeni są albo w smartfona albo przesiadują w salonach z automatami do gier, to uwielbiają czytać i ilość książek i gazet w przeciętnym tutejszym dworcowym kiosku może przywrócić o zawrót głowy, chociaż trzeba przyznać, że ich zawartość, po odjęciu obrazków (zwłaszcza w przypadku mangi;) i zdjęć bywa skromna. Ścisła specjalizacja literatury i prasy jest za to imponująca. Począwszy od szczegółowych instruktaży zastosowania i funkcji najnowszych gadżetów elektronicznych po poradniki zakładania i dobierania czapek albo zdobienia zestawów lunchowych. Specjalizacja czasopism dość wyraźnie determinuje też podział ról społecznych. Poradniki dbałości o dom z wyspecjalizowanymi radami (często w postaci komiksów) kuchenno-praniowo-sprzątaniowo-wychowawczymi są sprofilowane zdecydowanie na kobiety i jest ich w kiosku zdecydowanie najwięcej. Po angielsku znalazłam tylko jedną gazetkę z bardzo krótkim komiksem i opisem hawajskiej metody rozwiązywania problemów: “Thank you, I’m sorry, Please forgive me, I love you”. Zawsze coś!

ImageImage

ImageImage

Image

Image

Image

Zatruta tempura i niespodziewany przypływ

Stało się. Już nigdy nie zjem mojej ulubionej tempury. Tak czy inaczej okazało się, że nawet w sterylnej Japonii można się paskudnie zatruć. A może mój organizm po prostu tęskni już za mielonym kotletem, mizerią i bigosem! W chwili słabości zachowałam się jednak podobno bardzo po japońsku oznajmiając coś w stylu: “czuję się niezbyt komfortowo w tej chwili, nie sądzę żebym mogła kontynuować jazdę tym autobusem…” Jak widać japońska etykieta weszła mi już bardzo w krew…Na szczęście przygoda z tempurą nie do końca pokrzyżowała mi plany i mój żołądek pozwolił mi wczoraj jeszcze na ostatni wysiłek. Cztery kilometry pod górę przez las i tunel z setek czerwonych bram torii przy świątyni Fushimi Inari pod Kyoto. Za nic nie mogłam sobie tego odpuścić, chociaż w tym czerwonym, wijącym się tunelu z wlepionym we mnie wzrokiem kamiennych lisów czających się przy każdym niemal kamieniu czułam się z każdym krokiem coraz gorzej, ale podobno wizyta tutaj (a najlepiej ofiarowanie kolejnej czerwonej bramy torii) zapewnia powodzenie w interesach. No zobaczymy…Jeśli jednak torii symbolizuje przejście od ziemskiego „świata skończonego” do boskiego „świata nieskończonego” to wczoraj w Fushimi Inari po przejściu całej trasy faktycznie czułam się już jakbym przeszła do innego świata.

ImageImage

Image

Image

Fushimi Inarii z pewnością wygrałaby plebiscyt na największą liczbę czerwonych bram na kilometr, metr, ba, nawet na centymetr kwadratowy, ale największa w Japonii, albo jedna z największych, 16-metrowa  torii prowadząca do świątyni znajduje się na Morzu Wewnętrznym, 2 km od Hiroszimy, przy wyspie Miyajima. Torii dosłownie wystaje z wody i strzeże świątyni (a dokładniej chramu) Itsukushima, która dla odmiany najczęściej stoi w błocie. Tylko gdy jest przypływ podmywa ją woda i wygląda jakby unosiła się na morzu. Ten widok to podobno rzadkość i trzeba pilnie śledzić kalendarz pływów. Ale w moim chorowitym nieszczęściu miałam niesamowite szczęście, bo kiedy po wycieczce na szczyt góry Misen na Miyajima zeszłam w dół, okazało się, że właśnie rozpoczął się ten BARDZO RZADKI przypływ i Itsukushima zaczęła “pływać”! Różnice widać zresztą na zdjęciach (pierwsze, z widokiem na torii było robione z promu tuż przez przypłynięciem na wyspę, a drugie niecałe dwie godziny później):

Image

Image

Miyajima to zresztą niezwykła wyspa z wielu powodów. Ze szczytu rozpościera się fantastyczny widok na Sikoku i kilka mniejszych wysepek. Sama Miyajima to jedno wielkie gęsto zalesione wzgórze z rozsianymi mniejszymi świątyniami. Latem podobno panoszą się tutaj straszne tłumy, przed czym ostrzegają znaki przed prowadzącą na sam szczyt góry Misen kolejką linową z instrukcjami jak należy zachować się, kiedy “bardzo dużo osób czeka na swoją gondolkę”. Inne znaki ostrzegają przed “groźnymi wężami i szalonymi pszczołami”. W mglisty grudniowy dzień nie ma tu jednak ani tłumów, ani węży, ani nawet szalonych pszczół, za to można spotkać na każdym kroku figurki Jizo (o których pisałam już wcześniej tutaj https://magdalenakrukowska.wordpress.com/2013/11/22/722/) z bardzo osobliwymi, jak na boskie istoty, akcesoriami oraz oczywiście wszędobylskie jelonki!

Image

Image

Image

Image

Aż trudno uwierzyć, że w pobliżu sielskiej Miyajima Hiroszima zmaga się ze swoją atomową traumą. W tym skądinąd bardzo ładnym mieście przypomina o niej wciąż kopuła bomby atomowej – ruiny jednego z nielicznych budynków, które choć w części przetrwały wybuch. Ruiny tego niegdyś centrum wystawowego znajdują się na obrzeżu parku pokoju, w którym można znaleźć m.in. pomnik dziewczynki, która na skutek napromieniowania zmarła kilka lat po wybuchu. Wcześniej zdążyła złożyć tysiąc żurawi z papieru, które miały przywrócić jej zdrowie. To się nie udało, ale do dziś dzieciaki składają wokół pomnika swoje dzieła z papierowych żurawi, co nadaje temu miejscu odrobinę optymizmu. Podobnie jak knajpka, która powstała na obrzeżach parku, przy samym muzeum pokoju, w przeciwieństwie do którego jest otwarta dłużej niż do 17. I dlatego już tylko tu zdążyłam zajść. Knajpka okazała się zresztą symbolem chęci zapomnienia, bo zamiast słynnych hiroszimskich okonomiyaki można tu zjeść tylko włoską pizzę i wypić francuskiego szampana…

Image

Image

Image

Image

20131211_173606

Tokyo by night i żarłoczne jelonki

Tym razem spotkania służbowe miałam w Tokio i to było praktycznie moje pierwsze rendez vous ze stolicą. Wrażenia…mieszane…Raczej się nie zaprzyjaźniliśmy, choć jak wysiadłam na stacji Ginza pomyślałam od razu: – “Jetsonowie, tu mieszkają Jetsonowie!”. Ale choć Jetsonów oglądać uwielbiam to futurystyczne wizje w praktyce już wzbudzają moją niechęć. Wiem, że Tokio po wojnie było zrównane z ziemią, wiem, że dużo ludzi i trzeba było wszystko poupychać bardzo ciasno i bardzo wysoko, wiem, że to szczyt nowoczesnej technologii, urbanistyki i architektury, ale CZTERY poziomy miasta dzięki którym można przemieścić się z metra do domu towarowego z domu towarowego do biura z biura do kawiarni z kawiarni do kwiaciarni z kwiaciarni do drugiego biura z drugiego biura na pocztę z poczty na stację kolejową ze stacji przesiąść na metro z metra do hotelu z hotelu do restauracji z restauracji do…i NIE WYJŚĆ NA POWIERZCHNIĘ PRZEZ CAŁY TEN CZAS trochę mnie jednak przerażają…Także tym razem mowy nie ma o żadnych zdjęciach pięknych parków, kwiatków, drzewek, świątyń i psów, bo idąc z pociągu do biura z biura do sklepu ze sklepu do metra z metra do biura z biura do hotelu z hotelu do restauracji z restauracji do….niczego więcej już nie zobaczyłam…Ale że miałam do wykonania pewne zadanie służbowe (można powiedzieć takie “badania terenowe”) wybrałam się wreszcie wieczorem NA DWÓR. Konkretnie – do Shibuya i Shinjuku. Shibuya to dzielnica kultowa nie tylko dla tysięcy tokijskich nastolatków, ale i dla mnie, bo to na tutejszym gigantycznym skrzyżowaniu kręcono niektóre sceny “Lost in translation”. Tutaj też, przy stacji metra, znajduje się pomnik Hachikō, psa który czekał w tym samym miejscu codziennie przez dziesięć lat na przybycie swojego pana, który nagle zmarł i już nie wysiadł nigdy na tej stacji wracając z pracy… A propos czekania na swoich panów to jest to smutna codzienność dla japońskich żon. Zwyczaj chodzenia (oczywiście tylko w męskim towarzystwie) na drinka po pracy i wracania do domu ostatnim pociągiem (czyli ok. północy) jest w Japonii wiecznie żywy. Najwięcej chmar takich wiernych kumpli z pracy można spotkać na Shinjuku, w dzielnicy która ponad trzy wieki temu powstała jako przystanek dla podróżujących między Edo a prowincjami władców feudalnych. Dzisiaj Shinjuku, a zwłaszcza Kabukicho, to głównie przystanek dla żądnych wrażeń pracusiów wszelkiej orientacji. Najbardziej zaciekawiły mnie cenniki niektórych lokali, chociaż nie wszystkie, z braku doświadczenia pracusia, tak z marszu potrafiłam rozszyfrować. Mapa dzielnicy była nieco bardziej klarowna.

Image

Image

Całość jest dość zabawna i trzeba przyznać, że wizyty i w Shibuya i w Shinjuku pozostawiają po sobie, bez względu na stopień zaangażowania w oferowanie atrakcje, niezatarte wrażenia.

Przy tym wypad za miasto, do położonego pod Tokio Nikko, to już jak powiew nudy, ale jeśli jest się miłośnikiem Szoguna, samurajów, a Tokugawy w szczególności, to będzie się zachwyconym, bo tam właśnie został pochowany po tym jak wydał wcześniej bajońskie sumy na urządzenie swojego lokum i świątyń. Wnuczek Tokugawy jedną z nich nawet ozłocił. Dosłownie. Złotem, które mogłoby przykryć 2,5 hektara. Jest tu też parę innych ciekawych drobiazgów. Na przykład płaskorzeźba ze słoniami robiona przez kogoś kto nigdy nie widział słoni albo z małpami, które pouczają “nie patrz na zło, nie słuchaj zła, nie mów zła”.

ImageImageImageImageImageImage

Jeśli chodzi o zwierzęta, i to żywe, to jednak nigdzie nie panoszą się tak jak w Nara. Do tej byłej stolicy tłumy Japończyków zjeżdżają w przekonaniu, że w ten sposób nawiążą kontakty z przodkami, ale na miejscu okazuje się, że bliskie kontakty nawiązać można tu głównie z chmarą żyjących na wolności danieli (jelonków..?). Te bezczelne rogacze korzystają z faktu, że wierzący turyści uważają je za boskich posłańców. I namolnie żebrzą o (sprzedawane oczywiście specjalnie w tym celu) ciasteczka, a w ostateczności przeszukują kieszenie i torby i próbują zjadać mapki ściskane przez zdezorientowanych turystów. Futrzaki zrobiły się z czasem na tyle agresywne, że pozbawiono je rogów i teraz wyglądają dość smętnie.

ImageImageImageImageImageImage

Jeśli jednak uda się zmylić żarłoki i przejść bez szwanku główną ścieżką w parku to można dojść do świątyni Todaiji, która naprawdę robi wrażenie. A nawet nie tyle sama świątynia (choć to największa drewniana budowla na świecie) to to, co jest w środku, czyli gigantyczny posąg Buddy, do którego zrobienia zużyto, uwaga: 437 ton brązu, pół tony srebra, 300 kilogramów rtęci (?) i 7 ton wosku. Nic dodać nic ująć…

Image

Image

Image

Image

Image

Ośmiornica i wieczór Noh i Kyogen

W czwartek po pracy wybrałam się do Akashi, miejscowości na zachód od Kobe, gdzie miał się mieścić jeden z najsłynniejszych w kraju targów rybnych. To nadmorskie miasto jest też podobno znane z tego, że znajduje się tu południk 135 stopni będący osią japońskiego czasu standardowego. Nie mogłam się jakoś odnaleźć ani w jednej atrakcji ani drugiej. Południk (czy cokolwiek co miałoby go UNAOCZNIAĆ) jakoś przegapiłam, targ zresztą o mało co też, bo jak się okazało nie był to akurat dzień targowy. W pasażu Uonotana parę stoisk było jednak otwartych, a widok ich oferty utwierdził mnie w przekonaniu, że mogę tylko odetchnąć z ulgą, że nie trafiłam tu wtedy, kiedy żywych jeszcze ryb czy innych morskich stworzeń rzucających się rozpaczliwie na plastikowych tackach z wbitymi w brzuszki cenami, jest tu dużo, dużo więcej. W tej sytuacji zwisające z sufitu suszone ośmiornice, niektóre służące za abażury łysych żarówek, nie robiły już na mnie większego wrażenia. O tym, dlaczego wszechobecne wizerunki uśmiechniętych ośmiorniczek tak mnie prześladowały przekonałam się niebawem. Sprzedawca ze sklepu z herbatą namówił mnie, żebym w którejś z lokalnych knajp KONIECZNIE spróbowała lokalnego specjału Akashiyaki. No to spróbowałam. Po tym jak poprosiłam najmniejszą porcję dostałam wielgachną tacę okrągłych kulek z ciasta przypominającego omleta z nadzieniem, które okazało się czym? No jasne…kawałkami ośmiorniczki:-/ A co śniło mi się potem w nocy? Oczywiście wielka  chichocząca kałamarnica…

ImageImageImageImageImage

Piątek był znacznie przyjemniejszy, bo na wieczór dostałam zaproszenie z Japan Foundation do teatru w Kyoto na “Wieczór Noh i Kyogen”. Oczywiście nie miałam pojęcia cóż to, bo z japońskiego teatru kojarzyłam tylko kabuki. Krótszy, półgodzinny Kyogen, to komedia, w której odgrywane jest coś w rodzaju przypowiastki. Całość oczywiście była po japońsku, ale szczęśliwie turyści dostali handout po angielsku, więc wiem, że chodziło o to, że młody chłopak dostał burę od swojego mistrza (szefa?), bo zrobił sobie bez uprzedzenia wolne i pojechał szwendać się po stolicy. Mistrz bardzo się na niego pogniewał, ale jak dowiedział się, że młody odwiedził jego wujka, powiedział że mu przebaczy jak ten opowie co u wujka zjadł. Młody za nic nie mógł sobie przypomnieć, więc mistrz zdradził mu sztuczkę, jak można sobie przypominać różne rzeczy poprzez skojarzenia.

Kyogen miało być śmieszne, Noh (historia wykuwania pewnego miecza dla władcy) miało być poważne, choć bez rozumienia treści ciężko było rozróżnić temperaturę emocjonalną przekazu, ale trzeba przyznać, że stroje (ich nakładanie trwa chyba cały dzień!), maski, sposób tańczenia, poruszania się, grania i śpiewania w Noh zrobił na mnie większe wrażenie. Historia w Noh przypomniała mi motyw z “Władcy pierścieni” i przekaz w sumie też był chyba podobny…Ale charakteryzacji, duchowości i klimatu Noh już z niczym nie można porównać, co pewnie zawdzięcza temu, że sztuki są odgrywane w niezmienionej postaci od ponad tysiąca lat. A artyści ćwiczą latami skomplikowane układy jednoczesnych śpiewów, dźwięków, grania na instrumentach, tańczenia, chodzenia, siadania, pokrzykiwania itd. Nawet układ i wygląd sceny mają swoją symbolikę. Na przedstawieniu nie można było robić zdjęć, więc muszę się posłużyć wideo z jutuba, które sporo wyjaśnia. Na przykład dlaczego wytrzymanie w tym teatrze 3 godzin, jest ciekawym, ale jednak wyzwaniem.

Po tym, jak w skrypcie “mojej” sztuki Noh znalazłam ten fragment, zaczęłam się zastanawiać, czy moment jej wystawienia, biorąc pod uwagę aktualne relacje japońsko-chińskie, nie był celowy. A swoją drogą to osobliwe, że pewne rzeczy pozostają aktualne nawet jak minie tysiąc lat:

“And all the ghosts and devils feared the flashing blade, and thus could work no evil. Both in China and in our country the might of the sword..”

A na dokładkę już moje zdjęcia ze świątyni znajdującej się obok teatru Kongo Nohgakudo, w której główne role odgrywają jednocześnie i koń, i dziczek.

ImageImage