Strzały Shinzo Abe

Cóż, powrót do rzeczywistości (znaczy się do Polski) nie był łatwy, więc i tekst o trudnościach. Ale mam nadzieję, że Japonia wyjdzie z tego obronną ręką i przywita mnie optymistycznie ponownie, niebawem:)

http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/analizy/strzaly-shinzo-abe-moga-jeszcze-chybic/

Advertisements

Pociąg (ające) podróże

W zasadzie nie ma dnia, żebym nie podróżowała gdzieś pociągiem. Choć radosne ćwierkanie NON STOP obsługi kolejowej plus ćwierkanie sztucznych ptaszków z głośników (które ma zmniejszać stres i powstrzymywać samobójców przed rzucaniem się na tory) zaczyna mi już powoli działać na nerwy, to na japońskie koleje złego słowa nie mogę powiedzieć. Oprócz tego, że są na ogół perfekcyjnie punktualne, to można nimi dojechać w miejsca, gdzie wydawałoby się że nie dotarłby żaden środek lokomocji z osłem jucznym na czele. Dzisiaj udało się nam dotrzeć, i to tylko z trzema przesiadkami, do Koyasan, która leży jakieś 200 km pod Osaką. I 900 metrów npm, więc ostatni etap pokonuje się koleją linową, która wspina się pod kątem chyba z 70 stopni, co niektórym sprawia olbrzymią frajdę, innych wpędza w popłoch. Na górze ponad tysiąc lat temu pewien mnich (Kobo Daishi) założył klasztor szerząc własny odłam buddyzmu. Zdaje się buddyzmu EZOTERYCZNEGO, do którego przekonał się w Chinach, skąd wyrzucone przez niego w powietrze nasionko sosny wyrosło właśnie na górze Koya (swoją drogą ciekawe, jak wpadł na to, że to TA sosna, bo rośnie ich tam sporo). Dziś jego uczniowie wciąż medytują na miejscu czekając aż mistrz się obudzi, bo podobno Kobo Daishi nie umarł nigdy tylko wciąż medytuje. Ta historia plus pięknie utrzymane świątynie dość skutecznie przyciągają latem tłumy turystów i pielgrzymów, ale o tej porze roku jest tu pusto, mokro i zimno. Warto się jednak tutaj wybrać zimą już choćby dla samej wysokogórskiej podróży starą koleją, widoków Jizo w zaśnieżonych czapkach i szalikach i ostrzeżeń na słupach, że w okolicy grasują niedźwiedzie, których jest “so many”.

Image

Image

Image

Image

ImageImage

Image

Podróże japońskimi pociągami sprawiają wiele frajdy bez względu nawet na cel podróży. Moim ulubionym zajęciem, zwłaszcza kiedy nie mam miejsca siedzącego (a to zdarza się często, bo tłok tu bywa niemiłosierny) jest studiowanie plakatów edukacyjnych, które mają uczyć Japończyków uprzejmości wobec innych pasażerów. Moim faworytem jest komiks w odcinkach (żałuję, że nie wiem o co w nim chodzi, ale wygląda jak sequel supermeno-batmana) i plakat z zakazem m.in. spożywania wszelkiego, co przypomina udziec jagnięcy.

ImageImageImageImageImage

Nie ma też nic przyjemniejszego niż rozsiąść się w pociągu (najlepiej w shinkansenie) na fotelu z wysuwanym stoliczkiem ze swoim zestawem lunchowym bento i w co tam się człowiek jeszcze zaopatrzył przed odjazdem:

ImageImage

Ja w tę ostatnią zieloną buteleczkę (niefiltrowaną sake) i suszoną wołowinę zaopatrzyłam się w drodze powrotnej z Takayama do Kobe. Sama Takayama, położona w północnych Alpach Japońskich, (oprócz tego, że jest tam cudowna knajpa Kyoya) nie powaliła mnie na kolana, ale już pobliska wioska Shirakawago jest warta odwiedzenia, chociaż to akurat jedno z nielicznych miejsc, gdzie nie da się dojechać pociągiem i trzeba dotrzeć tam z Takayamy autobusem. Shirakawago ze swoimi krytymi strzechą 200-300- letnimi domami wygląda jak wioska Smerfów, zwłaszcza, że gdy spadnie śnieg zamieniają się w iglo. Trafiłam tam jeszcze parę dni przed pierwszymi opadami, więc zdążyłam zobaczyć domki w całości na tle ośnieżonych trzytysięczników. Gdyby nie pola ryżowe i pomarańczowe kaki, które jeszcze ostały się na drzewach, można by się poczuć zupełnie jak w Austrii.

ImageImageImageImage

Wracając natomiast do podróży pociągiem i tego, co można spotkać i zobaczyć w takowych tudzież na kolejowych stacjach to jest jeszcze jedno miejsce, które chyba z zawodowego zboczenia uwielbiam, czyli kioski i księgarnie, które można znaleźć chyba na każdym większym dworcu. Wbrew temu, co się sądzi o Japończykach, że uzależnieni od elektroniki wpatrzeni są albo w smartfona albo przesiadują w salonach z automatami do gier, to uwielbiają czytać i ilość książek i gazet w przeciętnym tutejszym dworcowym kiosku może przywrócić o zawrót głowy, chociaż trzeba przyznać, że ich zawartość, po odjęciu obrazków (zwłaszcza w przypadku mangi;) i zdjęć bywa skromna. Ścisła specjalizacja literatury i prasy jest za to imponująca. Począwszy od szczegółowych instruktaży zastosowania i funkcji najnowszych gadżetów elektronicznych po poradniki zakładania i dobierania czapek albo zdobienia zestawów lunchowych. Specjalizacja czasopism dość wyraźnie determinuje też podział ról społecznych. Poradniki dbałości o dom z wyspecjalizowanymi radami (często w postaci komiksów) kuchenno-praniowo-sprzątaniowo-wychowawczymi są sprofilowane zdecydowanie na kobiety i jest ich w kiosku zdecydowanie najwięcej. Po angielsku znalazłam tylko jedną gazetkę z bardzo krótkim komiksem i opisem hawajskiej metody rozwiązywania problemów: “Thank you, I’m sorry, Please forgive me, I love you”. Zawsze coś!

ImageImage

ImageImage

Image

Image

Image

Zatruta tempura i niespodziewany przypływ

Stało się. Już nigdy nie zjem mojej ulubionej tempury. Tak czy inaczej okazało się, że nawet w sterylnej Japonii można się paskudnie zatruć. A może mój organizm po prostu tęskni już za mielonym kotletem, mizerią i bigosem! W chwili słabości zachowałam się jednak podobno bardzo po japońsku oznajmiając coś w stylu: “czuję się niezbyt komfortowo w tej chwili, nie sądzę żebym mogła kontynuować jazdę tym autobusem…” Jak widać japońska etykieta weszła mi już bardzo w krew…Na szczęście przygoda z tempurą nie do końca pokrzyżowała mi plany i mój żołądek pozwolił mi wczoraj jeszcze na ostatni wysiłek. Cztery kilometry pod górę przez las i tunel z setek czerwonych bram torii przy świątyni Fushimi Inari pod Kyoto. Za nic nie mogłam sobie tego odpuścić, chociaż w tym czerwonym, wijącym się tunelu z wlepionym we mnie wzrokiem kamiennych lisów czających się przy każdym niemal kamieniu czułam się z każdym krokiem coraz gorzej, ale podobno wizyta tutaj (a najlepiej ofiarowanie kolejnej czerwonej bramy torii) zapewnia powodzenie w interesach. No zobaczymy…Jeśli jednak torii symbolizuje przejście od ziemskiego „świata skończonego” do boskiego „świata nieskończonego” to wczoraj w Fushimi Inari po przejściu całej trasy faktycznie czułam się już jakbym przeszła do innego świata.

ImageImage

Image

Image

Fushimi Inarii z pewnością wygrałaby plebiscyt na największą liczbę czerwonych bram na kilometr, metr, ba, nawet na centymetr kwadratowy, ale największa w Japonii, albo jedna z największych, 16-metrowa  torii prowadząca do świątyni znajduje się na Morzu Wewnętrznym, 2 km od Hiroszimy, przy wyspie Miyajima. Torii dosłownie wystaje z wody i strzeże świątyni (a dokładniej chramu) Itsukushima, która dla odmiany najczęściej stoi w błocie. Tylko gdy jest przypływ podmywa ją woda i wygląda jakby unosiła się na morzu. Ten widok to podobno rzadkość i trzeba pilnie śledzić kalendarz pływów. Ale w moim chorowitym nieszczęściu miałam niesamowite szczęście, bo kiedy po wycieczce na szczyt góry Misen na Miyajima zeszłam w dół, okazało się, że właśnie rozpoczął się ten BARDZO RZADKI przypływ i Itsukushima zaczęła “pływać”! Różnice widać zresztą na zdjęciach (pierwsze, z widokiem na torii było robione z promu tuż przez przypłynięciem na wyspę, a drugie niecałe dwie godziny później):

Image

Image

Miyajima to zresztą niezwykła wyspa z wielu powodów. Ze szczytu rozpościera się fantastyczny widok na Sikoku i kilka mniejszych wysepek. Sama Miyajima to jedno wielkie gęsto zalesione wzgórze z rozsianymi mniejszymi świątyniami. Latem podobno panoszą się tutaj straszne tłumy, przed czym ostrzegają znaki przed prowadzącą na sam szczyt góry Misen kolejką linową z instrukcjami jak należy zachować się, kiedy “bardzo dużo osób czeka na swoją gondolkę”. Inne znaki ostrzegają przed “groźnymi wężami i szalonymi pszczołami”. W mglisty grudniowy dzień nie ma tu jednak ani tłumów, ani węży, ani nawet szalonych pszczół, za to można spotkać na każdym kroku figurki Jizo (o których pisałam już wcześniej tutaj https://magdalenakrukowska.wordpress.com/2013/11/22/722/) z bardzo osobliwymi, jak na boskie istoty, akcesoriami oraz oczywiście wszędobylskie jelonki!

Image

Image

Image

Image

Aż trudno uwierzyć, że w pobliżu sielskiej Miyajima Hiroszima zmaga się ze swoją atomową traumą. W tym skądinąd bardzo ładnym mieście przypomina o niej wciąż kopuła bomby atomowej – ruiny jednego z nielicznych budynków, które choć w części przetrwały wybuch. Ruiny tego niegdyś centrum wystawowego znajdują się na obrzeżu parku pokoju, w którym można znaleźć m.in. pomnik dziewczynki, która na skutek napromieniowania zmarła kilka lat po wybuchu. Wcześniej zdążyła złożyć tysiąc żurawi z papieru, które miały przywrócić jej zdrowie. To się nie udało, ale do dziś dzieciaki składają wokół pomnika swoje dzieła z papierowych żurawi, co nadaje temu miejscu odrobinę optymizmu. Podobnie jak knajpka, która powstała na obrzeżach parku, przy samym muzeum pokoju, w przeciwieństwie do którego jest otwarta dłużej niż do 17. I dlatego już tylko tu zdążyłam zajść. Knajpka okazała się zresztą symbolem chęci zapomnienia, bo zamiast słynnych hiroszimskich okonomiyaki można tu zjeść tylko włoską pizzę i wypić francuskiego szampana…

Image

Image

Image

Image

20131211_173606

Tokyo by night i żarłoczne jelonki

Tym razem spotkania służbowe miałam w Tokio i to było praktycznie moje pierwsze rendez vous ze stolicą. Wrażenia…mieszane…Raczej się nie zaprzyjaźniliśmy, choć jak wysiadłam na stacji Ginza pomyślałam od razu: – “Jetsonowie, tu mieszkają Jetsonowie!”. Ale choć Jetsonów oglądać uwielbiam to futurystyczne wizje w praktyce już wzbudzają moją niechęć. Wiem, że Tokio po wojnie było zrównane z ziemią, wiem, że dużo ludzi i trzeba było wszystko poupychać bardzo ciasno i bardzo wysoko, wiem, że to szczyt nowoczesnej technologii, urbanistyki i architektury, ale CZTERY poziomy miasta dzięki którym można przemieścić się z metra do domu towarowego z domu towarowego do biura z biura do kawiarni z kawiarni do kwiaciarni z kwiaciarni do drugiego biura z drugiego biura na pocztę z poczty na stację kolejową ze stacji przesiąść na metro z metra do hotelu z hotelu do restauracji z restauracji do…i NIE WYJŚĆ NA POWIERZCHNIĘ PRZEZ CAŁY TEN CZAS trochę mnie jednak przerażają…Także tym razem mowy nie ma o żadnych zdjęciach pięknych parków, kwiatków, drzewek, świątyń i psów, bo idąc z pociągu do biura z biura do sklepu ze sklepu do metra z metra do biura z biura do hotelu z hotelu do restauracji z restauracji do….niczego więcej już nie zobaczyłam…Ale że miałam do wykonania pewne zadanie służbowe (można powiedzieć takie “badania terenowe”) wybrałam się wreszcie wieczorem NA DWÓR. Konkretnie – do Shibuya i Shinjuku. Shibuya to dzielnica kultowa nie tylko dla tysięcy tokijskich nastolatków, ale i dla mnie, bo to na tutejszym gigantycznym skrzyżowaniu kręcono niektóre sceny “Lost in translation”. Tutaj też, przy stacji metra, znajduje się pomnik Hachikō, psa który czekał w tym samym miejscu codziennie przez dziesięć lat na przybycie swojego pana, który nagle zmarł i już nie wysiadł nigdy na tej stacji wracając z pracy… A propos czekania na swoich panów to jest to smutna codzienność dla japońskich żon. Zwyczaj chodzenia (oczywiście tylko w męskim towarzystwie) na drinka po pracy i wracania do domu ostatnim pociągiem (czyli ok. północy) jest w Japonii wiecznie żywy. Najwięcej chmar takich wiernych kumpli z pracy można spotkać na Shinjuku, w dzielnicy która ponad trzy wieki temu powstała jako przystanek dla podróżujących między Edo a prowincjami władców feudalnych. Dzisiaj Shinjuku, a zwłaszcza Kabukicho, to głównie przystanek dla żądnych wrażeń pracusiów wszelkiej orientacji. Najbardziej zaciekawiły mnie cenniki niektórych lokali, chociaż nie wszystkie, z braku doświadczenia pracusia, tak z marszu potrafiłam rozszyfrować. Mapa dzielnicy była nieco bardziej klarowna.

Image

Image

Całość jest dość zabawna i trzeba przyznać, że wizyty i w Shibuya i w Shinjuku pozostawiają po sobie, bez względu na stopień zaangażowania w oferowanie atrakcje, niezatarte wrażenia.

Przy tym wypad za miasto, do położonego pod Tokio Nikko, to już jak powiew nudy, ale jeśli jest się miłośnikiem Szoguna, samurajów, a Tokugawy w szczególności, to będzie się zachwyconym, bo tam właśnie został pochowany po tym jak wydał wcześniej bajońskie sumy na urządzenie swojego lokum i świątyń. Wnuczek Tokugawy jedną z nich nawet ozłocił. Dosłownie. Złotem, które mogłoby przykryć 2,5 hektara. Jest tu też parę innych ciekawych drobiazgów. Na przykład płaskorzeźba ze słoniami robiona przez kogoś kto nigdy nie widział słoni albo z małpami, które pouczają “nie patrz na zło, nie słuchaj zła, nie mów zła”.

ImageImageImageImageImageImage

Jeśli chodzi o zwierzęta, i to żywe, to jednak nigdzie nie panoszą się tak jak w Nara. Do tej byłej stolicy tłumy Japończyków zjeżdżają w przekonaniu, że w ten sposób nawiążą kontakty z przodkami, ale na miejscu okazuje się, że bliskie kontakty nawiązać można tu głównie z chmarą żyjących na wolności danieli (jelonków..?). Te bezczelne rogacze korzystają z faktu, że wierzący turyści uważają je za boskich posłańców. I namolnie żebrzą o (sprzedawane oczywiście specjalnie w tym celu) ciasteczka, a w ostateczności przeszukują kieszenie i torby i próbują zjadać mapki ściskane przez zdezorientowanych turystów. Futrzaki zrobiły się z czasem na tyle agresywne, że pozbawiono je rogów i teraz wyglądają dość smętnie.

ImageImageImageImageImageImage

Jeśli jednak uda się zmylić żarłoki i przejść bez szwanku główną ścieżką w parku to można dojść do świątyni Todaiji, która naprawdę robi wrażenie. A nawet nie tyle sama świątynia (choć to największa drewniana budowla na świecie) to to, co jest w środku, czyli gigantyczny posąg Buddy, do którego zrobienia zużyto, uwaga: 437 ton brązu, pół tony srebra, 300 kilogramów rtęci (?) i 7 ton wosku. Nic dodać nic ująć…

Image

Image

Image

Image

Image

Ośmiornica i wieczór Noh i Kyogen

W czwartek po pracy wybrałam się do Akashi, miejscowości na zachód od Kobe, gdzie miał się mieścić jeden z najsłynniejszych w kraju targów rybnych. To nadmorskie miasto jest też podobno znane z tego, że znajduje się tu południk 135 stopni będący osią japońskiego czasu standardowego. Nie mogłam się jakoś odnaleźć ani w jednej atrakcji ani drugiej. Południk (czy cokolwiek co miałoby go UNAOCZNIAĆ) jakoś przegapiłam, targ zresztą o mało co też, bo jak się okazało nie był to akurat dzień targowy. W pasażu Uonotana parę stoisk było jednak otwartych, a widok ich oferty utwierdził mnie w przekonaniu, że mogę tylko odetchnąć z ulgą, że nie trafiłam tu wtedy, kiedy żywych jeszcze ryb czy innych morskich stworzeń rzucających się rozpaczliwie na plastikowych tackach z wbitymi w brzuszki cenami, jest tu dużo, dużo więcej. W tej sytuacji zwisające z sufitu suszone ośmiornice, niektóre służące za abażury łysych żarówek, nie robiły już na mnie większego wrażenia. O tym, dlaczego wszechobecne wizerunki uśmiechniętych ośmiorniczek tak mnie prześladowały przekonałam się niebawem. Sprzedawca ze sklepu z herbatą namówił mnie, żebym w którejś z lokalnych knajp KONIECZNIE spróbowała lokalnego specjału Akashiyaki. No to spróbowałam. Po tym jak poprosiłam najmniejszą porcję dostałam wielgachną tacę okrągłych kulek z ciasta przypominającego omleta z nadzieniem, które okazało się czym? No jasne…kawałkami ośmiorniczki:-/ A co śniło mi się potem w nocy? Oczywiście wielka  chichocząca kałamarnica…

ImageImageImageImageImage

Piątek był znacznie przyjemniejszy, bo na wieczór dostałam zaproszenie z Japan Foundation do teatru w Kyoto na “Wieczór Noh i Kyogen”. Oczywiście nie miałam pojęcia cóż to, bo z japońskiego teatru kojarzyłam tylko kabuki. Krótszy, półgodzinny Kyogen, to komedia, w której odgrywane jest coś w rodzaju przypowiastki. Całość oczywiście była po japońsku, ale szczęśliwie turyści dostali handout po angielsku, więc wiem, że chodziło o to, że młody chłopak dostał burę od swojego mistrza (szefa?), bo zrobił sobie bez uprzedzenia wolne i pojechał szwendać się po stolicy. Mistrz bardzo się na niego pogniewał, ale jak dowiedział się, że młody odwiedził jego wujka, powiedział że mu przebaczy jak ten opowie co u wujka zjadł. Młody za nic nie mógł sobie przypomnieć, więc mistrz zdradził mu sztuczkę, jak można sobie przypominać różne rzeczy poprzez skojarzenia.

Kyogen miało być śmieszne, Noh (historia wykuwania pewnego miecza dla władcy) miało być poważne, choć bez rozumienia treści ciężko było rozróżnić temperaturę emocjonalną przekazu, ale trzeba przyznać, że stroje (ich nakładanie trwa chyba cały dzień!), maski, sposób tańczenia, poruszania się, grania i śpiewania w Noh zrobił na mnie większe wrażenie. Historia w Noh przypomniała mi motyw z “Władcy pierścieni” i przekaz w sumie też był chyba podobny…Ale charakteryzacji, duchowości i klimatu Noh już z niczym nie można porównać, co pewnie zawdzięcza temu, że sztuki są odgrywane w niezmienionej postaci od ponad tysiąca lat. A artyści ćwiczą latami skomplikowane układy jednoczesnych śpiewów, dźwięków, grania na instrumentach, tańczenia, chodzenia, siadania, pokrzykiwania itd. Nawet układ i wygląd sceny mają swoją symbolikę. Na przedstawieniu nie można było robić zdjęć, więc muszę się posłużyć wideo z jutuba, które sporo wyjaśnia. Na przykład dlaczego wytrzymanie w tym teatrze 3 godzin, jest ciekawym, ale jednak wyzwaniem.

Po tym, jak w skrypcie “mojej” sztuki Noh znalazłam ten fragment, zaczęłam się zastanawiać, czy moment jej wystawienia, biorąc pod uwagę aktualne relacje japońsko-chińskie, nie był celowy. A swoją drogą to osobliwe, że pewne rzeczy pozostają aktualne nawet jak minie tysiąc lat:

“And all the ghosts and devils feared the flashing blade, and thus could work no evil. Both in China and in our country the might of the sword..”

A na dokładkę już moje zdjęcia ze świątyni znajdującej się obok teatru Kongo Nohgakudo, w której główne role odgrywają jednocześnie i koń, i dziczek.

ImageImage

Konyaku, Taiyaki, cmentarz i duch prawa

Tym razem podróż przez Kyoto mniej mnie ucieszyła, bo po drodze musiałam odhaczyć spotkanie w Osace, a na 17 – pędzić na kolejne. Swoją drogą w Kyoto nawet przesiadka na dworcu może być atrakcją samą w sobie. Podobno jest on “jednym z najwybitniejszych dzieł współczesnej architektury kolejowej na świecie” i wielu turystów z zapałem go fotografuje. Mi się skojarzył na pierwszy rzut oka (architektonicznie jedynie, bo zapachy na szczęście przyjemniejsze) z byłym dworcem w Katowicach, który też był ponoć “jednym z wybitnych przykładów modernizmu”, także wolałam dwie godzinki przerwy wykorzystać na kolejny wypad do Kiyomizudera. Tłumy były jeszcze większe niż ostatnio, ale okoliczny park daje fantastyczną możliwość wejścia w jedną z setek uliczek, gdzie albo są schowane mniejsze świątynie albo sklepy z pamiątkami czy knajpki. W ten sposób trafiłam na jakiś stary cmentarz, gdzie trzeba było wdrapać się na ogromną górę, więc w sumie nie dziwię się, że nie było tam żywej duszy. Ten wyglądał niesamowicie, bo po kilkunastu minutach wdrapywania się najpierw widać sterczące, wysokie, drewniane coś jak…narty. Na mniejszych grobach powtykane są mniejsze te “nartki”, na których wypisane są…no właśnie…modlitwy, życzenia?? Liczę na to, że znajdą się specjaliści Japoniści, którzy mi to wyjaśnią:)

Image

ImageImageImageImageImageImage

Jest jeszcze jedna frapująca rzecz dotycząca cmentarzy i terenów przy świątyniach. A konkretnie kamiennych figurek Jizō, który “pomimo oświecenia, podjął decyzję o pozostaniu na ziemi, dopóki nie wyzwoli wszystkich z cierpienia”. Japończycy go najwyraźniej ubóstwiają, bo figurek jest tak dużo, że trzeba uważać, żeby się o nie nie potknąć.  Być może to umiłowanie w stawianiu WSZĘDZIE tego pucułowatego i uśmiechniętego bożka czy świętego wynika z tego, że ma być  opiekunem wędrowców, których prowadzi przez świat realny i świat duchów. No to jak miałam i ja go nie polubić? Zastanawia mnie tylko po co opiekunowi wędrowców tyle…fartuszków??? Fartuszki, a czasem i śliniaczki pojawiają się zresztą i na innych kamiennych figurkach, co przy wszystkich tych słodkościach, a bywa że i piwie czy sake, które się przed nimi stawia w kapliczkach tworzy dość osobliwy…kuchenny klimat…

IMG_4244_blogIMG_4330_blogIMG_4334_blogIMG_4351_blogIMG_4335_blog

Pomijając dylematy fartuszkowe następnym razem spokoju nie będzie już pewnie nawet na cmentarzu, bo do Kyoto codziennie ściągają coraz większe tłumy spragnione widoków jesiennych liści.

Image

Faktycznie, widoki są niesamowite, chociaż tegoroczny rekord, jeśli chodzi o napływ turystów (o 30 proc. więcej niż przed rokiem!) Japonia zawdzięcza raczej rekordowo niskiemu kursowi Jena. Ten tydzień niestety bardziej stoi dla mnie pod hasłem ekonomii niż zwiedzania, więc wszystko tylko z tym mi się kojarzy. Mój umiarkowany entuzjazm co do japońskiego modelu gospodarki opadł mocno, jak dowiedziałam się, że Japończycy mają tydzień urlopu w roku, pracują często dodatkowo w soboty (podobnie jak dzieciaki chodzą do szkoły), a większość nie tylko nie ma słynnych kiedyś dożywotnych umów o pracę, ale w ogóle ŻADNYCH. Wiele umów, nie tylko o pracę, zawiera się zresztą na gębę, takie jak to się tutaj mówi: “spirit of law”. Nie wiem jak zareagowaliby na to nasi zagorzali przeciwnicy umów śmieciowych, ale nigdy bym na to nie wpadła, że ja pół życia nie pracuję nielegalnie, ale zgodnie ze SPIRIT OF LAW;) Tak mnie to zafrapowało, że o mało co zapomniałabym zrobić obowiązkowe zdjęcia kolacji.

ImageImage

Musiałam zgadywać, co to jest ta brunatno-pomarańczowa galaretka na drugim zdjęciu…Konyaku, to cudo, robi się z…kartofla. O ile dobrze zrozumiałam to suszy się go, ściera, miesza się z wodą, zagęszcza…popiołem (??) i gotuje. Jakoś to przełknęłam, pocieszało mnie, że to cudo sztuki kulinarnej jest podobno jakimś super skutecznym środkiem oczyszczająco odchudzającym. Jak dla mnie większość tradycyjnego japońskiego jedzenia jest wybitnie odchudzająca, bo nie sposób się tym porządnie najeść, a na pewno PRZEJEŚĆ.  Mam wrażenie, że nawet mój ulubiony (od ubiegłego tygodnia) deser – czyli matcha z lodami z zielonej herbaty – mógłby znaleźć swoje miejsce w poradnikach dietetycznych, bo po dwóch porcjach wciąż mam miejsce na kolejne:)

Image

Zresztą co tu gadać, japońskie jedzenie przede wszystkim “wygląda” i służy chyba głównie syceniu oczu. We wszystkich znajdujących się na każdym roku sklepach z lokalnymi specjałami (głównie słodyczami) większość obsługi zajmuje się starannym ich dekorowaniem i pakowaniem w wymyślne paczuszki. Stąd chyba to umiłowanie do galaretek i konsystencji plasteliny, bo jakże piękne kształty można z takiej masy wymodelować!

Image

Image

Image

A na koniec sentymentalnie – pierwsze jedzenie, które kupiłam w Kobe, nie wiedząc oczywiście co jem. Taiyaki, czyli słodkie (!) naleśnikowo-gofrowe rybki z nadzieniem z ziemniaka albo fasoli azuki. Pomyśleć, że na początku myślałam, że to mus jabłkowy i czekolada…

Image

Image

I dowód, czemu trudno się tu najeść. Niezbyt udana próba odpakowania kanapki onigiri. Żeby nie było, że tylko ja nie bardzo sobie z tym radzę. Na you tube filmowych instruktaży jest sporo, więc najwyraźniej nie jest to wcale prosta sprawa!

Zepsuty zamek i lody z pierogami

Cały tydzień pracowałam jak na Japończyków przystało, od rana do nocy i zasypiając w autobusie, więc myślałam że w weekend będę tylko odsypiała. Ale gdzie tam, w sobotę zaświeciło znowu piękne słońce, na dole 20 stopni (właśnie to jest trochę denerwujące, że u mnie tu na górze zimnica, a “na dole” jak tylko zaświeci słońce to upał!), więc wsiadłam w pociąg na zasadzie: jak następna stacja jest w spisie treści przewodnika to wysiadam. I tak wysiadłam w Himeji. W pierwszej chwili ucieszyłam się, bo w przewodniku napisali, że jest tam 400-letni zamek będący “najbardziej imponującym przykładem budowli obronnej w Japonii”. Niestety nie mógł mi zaimponować, bo – jak się okazało – jest w remoncie (podobno od pięciu lat, ale o tym przewodnik nie wspominał) i oprócz wielkiej brezentowej konstrukcji nie bardzo było co podziwiać. Na pociechę w pobliżu rozciąga się ogród Kokoen, a konkretnie dziewięć ogrodów, które powstały na miejscu dawnych pałaców samurajów. Jak dla mnie pałace byłyby bardziej interesujące, ale żeby nie marnować sobie dnia przeszłam się na spacer spotykając po drodze młodą parę i dziewczynki, którym przedłużyło się świętowanie Shichi-Go-San, czyli święta dzieci siedmio, pięcio i trzyletnich, które 15 listopada w paradnych kimonach odwiedzają świątynie, co ma przynieść im szczęście w przyszłości (wyjaśnienie tej skomplikowanej kwestii: http://piatysmak.com/shichi-go-san/).

ImageImageImage

Z nudów przeszłam się też po (a raczej w) murach obronnych, gdzie kiedyś znajdowały się m.in, komnaty rodzin szogunów i zsypy, z których obrońcy twierdzy zrzucali kamienie lub wylewali wrzątek na głowy najeźdźców.

IMG_4223 IMG_4224 IMG_4227

Nie dałam się namówić na zabawy typu rzucanie wachlarzami w cel albo malowanie ceramiki, więc wsiadłam w autobus, na którym wyświetlał się intrygujący kierunek “Mt Shosha”. Góra Shosha okazała się odkryciem dnia. Z ostatniego przystanku autobusu trzeba było wsiąść w kolejkę linową, którą w dosłownie parę minut można się dostać na szczyt góry, gdzie na wysokości 360 mnp., w lesie, znajduje się kompleks świątyni Engyoji. Prowadzi do niej coś na kształt naszej drogi krzyżowej. Założył ją ponad tysiąc lat temu święty, który miał otrzymać oświecenie od Boga Mądrości i Intelektu. Niektórych przyciąga jednak bardziej fakt, że kręcono tutaj “Ostatniego samuraja” z Tomem Cruisem. Ja też zachwycałabym się pewnie tymi planami dłużej, gdyby nie to, że pojawiłam się na miejscu pół godziny przed zjazdem ostatniej kolejki, więc zdążyłam tylko wzbudzić przerażenie jej obsługi, bo oczywiście nieco się na ten zjazd spóźniłam…

ImageImageImageImageImageImage

Dzisiaj postanowiłam już nigdzie dalej się nie ruszać. Zresztą nie było jak, bo całe miasto zablokowali maratończycy. Trzeba przyznać, że dopingu i strojów biegaczy – od samurajów przez yeti po chińskie (?) smoki – Warszawiacy mogliby im pozazdrościć.

IMG_4267 20131117_130124

Czekając aż będę mogła przejść chociaż przez ulicę przycupnęłam sobie w małej kafejce, czy też raczej herbaciarni, co było dobrą okazją, żeby podjąć kolejne ryzyko z cyklu “Japanese food”. To z pewnością zasługuje na osobnego posta, nie jednego zresztą, ale tym razem padło na na – cytuję z anglojęzycznego (ha! dlatego tu zaszłam..) menu – “matcha ice cream with rice…dumplings…”. No cóż, wszystko się zgadzało. Była mrożona matcha (zielona herbata w pudrze) z drobno zmielonym lodem, gałką lodów, oczywiście herbacianych i…tak…ryżowe…pierogi, a w zasadzie kulki. Potwornie gumowate, wcale nie słodkie, lody zresztą też nie bardzo, a całość..hmm…interesująca:) UPDATE: Życzliwa istota poinformowała mnie, że nie PIEROGI a MOCHI, i że ich przyrządzanie to życiowe ryzyko. Dowód filmowy pod zdjęciem.

Image

Maratończycy pogodę mieli super, cała reszta też, więc wszyscy zgromadzili się na bulwarze, gdzie odbywało się coś w rodzaju festynu. Oprócz występów na scenie z pluszakami wystawiali się też hodowcy krabów, psów, kapusty i porów…

Image

Image

Image

Image

Tak poza tym to bulwar jest bardzo przyjemny. Największą furorę robi wielka karuzela. Ale w tutejszej kulturze wszystko, co okrągłe, ma olbrzymie znaczenie. Co wywodzi się z hinduistycznej i buddyjskiej symboliki mandali, wszechświata. Z tego co się dowiedziałam w trakcie mojej pracy tutaj, to nawet w biznesie wykorzystuje się “kręgi” – do spotkań, gdzie każdy “w kółku” (i chyba w kółko też) musi swoje pomysły na ciągłe usprawnienia wygłaszać, wszystko trzeba zresztą nomen omen na okrągło usprawniać (kaizen!), firma musi robić recykling, bo każdy produkt musi zatoczyć  “kółko” od surowca do powtórnego surowca, a zespoły też tworzą “ringi” do wymyślania nowych pomysłów. Mi się “Ring” kojarzy raczej z najstraszniejszym horrorem, jaki w życiu widziałam, nakręconym zresztą przez japońskiego reżysera na podstawie japońskiej powieści…

ImageImage

Wracając do bulwaru, to niedaleko jest też most Most Akashi Kaikyō, czyli “wielki most nad cieśniną Akashi”, najdłuższy (4 km!) most wiszący na świecie. Do mostu (dosłownie) można wejść dzięki platformie, która znajduje się jakieś 150 metrów nad powierzchnią morza.

ImageImageImage

Idąc w drugą stronę można z kolei dojść do China Town. Z tego co zauważyłam, sądząc po tłumach w chińskim pasażu i kolejkach do knajp (tańszych niż japońskie oczywiście) czy sklepów z “chińszczyzną” (tańszą oczywiście), jest jedną z najbardziej obleganych miejscówek weekendowych tutejszych mieszkańców. Biorąc pod uwagę terytorialne i polityczne konflikty japońsko-chińskie ta fascynacja wydaje mi się osobliwa, ale to kolejna szkoła, jak Chińczycy budują swoje nadwyżki handlowe.

Image        chinatown

A propos fascynacji innymi nacjami to w Kobe jest też dzielnica zwana Kitano, inne tłumnie odwiedzane miejsce. Kiedyś mieszkali tu zagraniczni kupcy i dyplomaci, budujący w swoim, zachodnim stylu domy, które teraz podziwiają japońscy turyści. Co ciekawe, w “zachodnim” stylu jest też były chiński konsulat..

ImageImageImageImage20131110_135734

A na koniec gratka dla Harō Kiti 🙂

20131116_184016