Tokyo by night i żarłoczne jelonki

Tym razem spotkania służbowe miałam w Tokio i to było praktycznie moje pierwsze rendez vous ze stolicą. Wrażenia…mieszane…Raczej się nie zaprzyjaźniliśmy, choć jak wysiadłam na stacji Ginza pomyślałam od razu: – “Jetsonowie, tu mieszkają Jetsonowie!”. Ale choć Jetsonów oglądać uwielbiam to futurystyczne wizje w praktyce już wzbudzają moją niechęć. Wiem, że Tokio po wojnie było zrównane z ziemią, wiem, że dużo ludzi i trzeba było wszystko poupychać bardzo ciasno i bardzo wysoko, wiem, że to szczyt nowoczesnej technologii, urbanistyki i architektury, ale CZTERY poziomy miasta dzięki którym można przemieścić się z metra do domu towarowego z domu towarowego do biura z biura do kawiarni z kawiarni do kwiaciarni z kwiaciarni do drugiego biura z drugiego biura na pocztę z poczty na stację kolejową ze stacji przesiąść na metro z metra do hotelu z hotelu do restauracji z restauracji do…i NIE WYJŚĆ NA POWIERZCHNIĘ PRZEZ CAŁY TEN CZAS trochę mnie jednak przerażają…Także tym razem mowy nie ma o żadnych zdjęciach pięknych parków, kwiatków, drzewek, świątyń i psów, bo idąc z pociągu do biura z biura do sklepu ze sklepu do metra z metra do biura z biura do hotelu z hotelu do restauracji z restauracji do….niczego więcej już nie zobaczyłam…Ale że miałam do wykonania pewne zadanie służbowe (można powiedzieć takie “badania terenowe”) wybrałam się wreszcie wieczorem NA DWÓR. Konkretnie – do Shibuya i Shinjuku. Shibuya to dzielnica kultowa nie tylko dla tysięcy tokijskich nastolatków, ale i dla mnie, bo to na tutejszym gigantycznym skrzyżowaniu kręcono niektóre sceny “Lost in translation”. Tutaj też, przy stacji metra, znajduje się pomnik Hachikō, psa który czekał w tym samym miejscu codziennie przez dziesięć lat na przybycie swojego pana, który nagle zmarł i już nie wysiadł nigdy na tej stacji wracając z pracy… A propos czekania na swoich panów to jest to smutna codzienność dla japońskich żon. Zwyczaj chodzenia (oczywiście tylko w męskim towarzystwie) na drinka po pracy i wracania do domu ostatnim pociągiem (czyli ok. północy) jest w Japonii wiecznie żywy. Najwięcej chmar takich wiernych kumpli z pracy można spotkać na Shinjuku, w dzielnicy która ponad trzy wieki temu powstała jako przystanek dla podróżujących między Edo a prowincjami władców feudalnych. Dzisiaj Shinjuku, a zwłaszcza Kabukicho, to głównie przystanek dla żądnych wrażeń pracusiów wszelkiej orientacji. Najbardziej zaciekawiły mnie cenniki niektórych lokali, chociaż nie wszystkie, z braku doświadczenia pracusia, tak z marszu potrafiłam rozszyfrować. Mapa dzielnicy była nieco bardziej klarowna.

Image

Image

Całość jest dość zabawna i trzeba przyznać, że wizyty i w Shibuya i w Shinjuku pozostawiają po sobie, bez względu na stopień zaangażowania w oferowanie atrakcje, niezatarte wrażenia.

Przy tym wypad za miasto, do położonego pod Tokio Nikko, to już jak powiew nudy, ale jeśli jest się miłośnikiem Szoguna, samurajów, a Tokugawy w szczególności, to będzie się zachwyconym, bo tam właśnie został pochowany po tym jak wydał wcześniej bajońskie sumy na urządzenie swojego lokum i świątyń. Wnuczek Tokugawy jedną z nich nawet ozłocił. Dosłownie. Złotem, które mogłoby przykryć 2,5 hektara. Jest tu też parę innych ciekawych drobiazgów. Na przykład płaskorzeźba ze słoniami robiona przez kogoś kto nigdy nie widział słoni albo z małpami, które pouczają “nie patrz na zło, nie słuchaj zła, nie mów zła”.

ImageImageImageImageImageImage

Jeśli chodzi o zwierzęta, i to żywe, to jednak nigdzie nie panoszą się tak jak w Nara. Do tej byłej stolicy tłumy Japończyków zjeżdżają w przekonaniu, że w ten sposób nawiążą kontakty z przodkami, ale na miejscu okazuje się, że bliskie kontakty nawiązać można tu głównie z chmarą żyjących na wolności danieli (jelonków..?). Te bezczelne rogacze korzystają z faktu, że wierzący turyści uważają je za boskich posłańców. I namolnie żebrzą o (sprzedawane oczywiście specjalnie w tym celu) ciasteczka, a w ostateczności przeszukują kieszenie i torby i próbują zjadać mapki ściskane przez zdezorientowanych turystów. Futrzaki zrobiły się z czasem na tyle agresywne, że pozbawiono je rogów i teraz wyglądają dość smętnie.

ImageImageImageImageImageImage

Jeśli jednak uda się zmylić żarłoki i przejść bez szwanku główną ścieżką w parku to można dojść do świątyni Todaiji, która naprawdę robi wrażenie. A nawet nie tyle sama świątynia (choć to największa drewniana budowla na świecie) to to, co jest w środku, czyli gigantyczny posąg Buddy, do którego zrobienia zużyto, uwaga: 437 ton brązu, pół tony srebra, 300 kilogramów rtęci (?) i 7 ton wosku. Nic dodać nic ująć…

Image

Image

Image

Image

Image

Advertisements