Zatruta tempura i niespodziewany przypływ

Stało się. Już nigdy nie zjem mojej ulubionej tempury. Tak czy inaczej okazało się, że nawet w sterylnej Japonii można się paskudnie zatruć. A może mój organizm po prostu tęskni już za mielonym kotletem, mizerią i bigosem! W chwili słabości zachowałam się jednak podobno bardzo po japońsku oznajmiając coś w stylu: “czuję się niezbyt komfortowo w tej chwili, nie sądzę żebym mogła kontynuować jazdę tym autobusem…” Jak widać japońska etykieta weszła mi już bardzo w krew…Na szczęście przygoda z tempurą nie do końca pokrzyżowała mi plany i mój żołądek pozwolił mi wczoraj jeszcze na ostatni wysiłek. Cztery kilometry pod górę przez las i tunel z setek czerwonych bram torii przy świątyni Fushimi Inari pod Kyoto. Za nic nie mogłam sobie tego odpuścić, chociaż w tym czerwonym, wijącym się tunelu z wlepionym we mnie wzrokiem kamiennych lisów czających się przy każdym niemal kamieniu czułam się z każdym krokiem coraz gorzej, ale podobno wizyta tutaj (a najlepiej ofiarowanie kolejnej czerwonej bramy torii) zapewnia powodzenie w interesach. No zobaczymy…Jeśli jednak torii symbolizuje przejście od ziemskiego „świata skończonego” do boskiego „świata nieskończonego” to wczoraj w Fushimi Inari po przejściu całej trasy faktycznie czułam się już jakbym przeszła do innego świata.

ImageImage

Image

Image

Fushimi Inarii z pewnością wygrałaby plebiscyt na największą liczbę czerwonych bram na kilometr, metr, ba, nawet na centymetr kwadratowy, ale największa w Japonii, albo jedna z największych, 16-metrowa  torii prowadząca do świątyni znajduje się na Morzu Wewnętrznym, 2 km od Hiroszimy, przy wyspie Miyajima. Torii dosłownie wystaje z wody i strzeże świątyni (a dokładniej chramu) Itsukushima, która dla odmiany najczęściej stoi w błocie. Tylko gdy jest przypływ podmywa ją woda i wygląda jakby unosiła się na morzu. Ten widok to podobno rzadkość i trzeba pilnie śledzić kalendarz pływów. Ale w moim chorowitym nieszczęściu miałam niesamowite szczęście, bo kiedy po wycieczce na szczyt góry Misen na Miyajima zeszłam w dół, okazało się, że właśnie rozpoczął się ten BARDZO RZADKI przypływ i Itsukushima zaczęła “pływać”! Różnice widać zresztą na zdjęciach (pierwsze, z widokiem na torii było robione z promu tuż przez przypłynięciem na wyspę, a drugie niecałe dwie godziny później):

Image

Image

Miyajima to zresztą niezwykła wyspa z wielu powodów. Ze szczytu rozpościera się fantastyczny widok na Sikoku i kilka mniejszych wysepek. Sama Miyajima to jedno wielkie gęsto zalesione wzgórze z rozsianymi mniejszymi świątyniami. Latem podobno panoszą się tutaj straszne tłumy, przed czym ostrzegają znaki przed prowadzącą na sam szczyt góry Misen kolejką linową z instrukcjami jak należy zachować się, kiedy “bardzo dużo osób czeka na swoją gondolkę”. Inne znaki ostrzegają przed “groźnymi wężami i szalonymi pszczołami”. W mglisty grudniowy dzień nie ma tu jednak ani tłumów, ani węży, ani nawet szalonych pszczół, za to można spotkać na każdym kroku figurki Jizo (o których pisałam już wcześniej tutaj https://magdalenakrukowska.wordpress.com/2013/11/22/722/) z bardzo osobliwymi, jak na boskie istoty, akcesoriami oraz oczywiście wszędobylskie jelonki!

Image

Image

Image

Image

Aż trudno uwierzyć, że w pobliżu sielskiej Miyajima Hiroszima zmaga się ze swoją atomową traumą. W tym skądinąd bardzo ładnym mieście przypomina o niej wciąż kopuła bomby atomowej – ruiny jednego z nielicznych budynków, które choć w części przetrwały wybuch. Ruiny tego niegdyś centrum wystawowego znajdują się na obrzeżu parku pokoju, w którym można znaleźć m.in. pomnik dziewczynki, która na skutek napromieniowania zmarła kilka lat po wybuchu. Wcześniej zdążyła złożyć tysiąc żurawi z papieru, które miały przywrócić jej zdrowie. To się nie udało, ale do dziś dzieciaki składają wokół pomnika swoje dzieła z papierowych żurawi, co nadaje temu miejscu odrobinę optymizmu. Podobnie jak knajpka, która powstała na obrzeżach parku, przy samym muzeum pokoju, w przeciwieństwie do którego jest otwarta dłużej niż do 17. I dlatego już tylko tu zdążyłam zajść. Knajpka okazała się zresztą symbolem chęci zapomnienia, bo zamiast słynnych hiroszimskich okonomiyaki można tu zjeść tylko włoską pizzę i wypić francuskiego szampana…

Image

Image

Image

Image

20131211_173606

Advertisements